Recenzje

Sprawiedliwość

Rachel Kushner: Mars Room. W.A.B., Warszawa 2019 – pisze Izabela Mikrut.

Nie może już spędzać czasu z synem, chociaż bardzo go kocha (a przynajmniej tak utrzymuje) i chciałaby go chronić przed złem tego świata. Romy Hall, bohaterka tomu „Mars Room”, przebywa w więzieniu, a jej wyrok to podwójne dożywocie. Zdaje relację ze swoich przemyśleń, przedstawia obserwacje i opinie o innych osadzonych. Kobiety mają tu rozmaite problemy – i z różnych powodów trafiły za kratki. Ale codzienność w więzieniu to nie tylko poznawanie historii innych ludzi – to przede wszystkim borykanie się z konsekwencjami przemocy. Bohaterka tomu przedstawia zło w różnych postaciach, prezentuje komplikacje związane z pobytem w zamkniętym ośrodku osób, w których buzuje agresja. Tu nawet jeśli ktoś miałby ochotę na zmiany, nie zyska takiej możliwości – musi walczyć o przetrwanie.

Ale najpierw Mars Room. Klub nocny, w którym kobiety specjalizują się w erotycznym tańcu wykonywanym na udach mężczyzn. To miejsce pozbawia złudzeń, nawet jeśli striptizerki próbują na użytek innych ludzi budować własne legendy. Źródło ich życiowych komplikacji tkwi najbardziej w mężczyznach. Ci swoją natarczywością, agresją i siłą doprowadzają zdesperowane tancerki do ostateczności. Romy L. Hall przeżyła namiastkę romantyzmu, ale też i trochę toksycznych relacji. W końcu do więzienia nie zaprowadziła jej uległość ani potulność wobec partnerów.

Romy Hall opowiada zatem o życiu za kratami z perspektywy swojej i współwięźniarek. Proponuje mniej fabularną relację, a bardziej szereg skojarzeń, portretów i komentarzy. Trochę się całość rozsypuje, brakuje dobrego spoiwa. Wygląda to tak, jakby autorka chciała przekazać wszystko, co wie (albo przypuszcza) o pobycie w więzieniach, żeby wstrząsnąć czytelnikami – ale nie miała dobrego pomysłu na formę czy kształt powieści. Mars Room jest jednym punktem odniesienia, pomysł na finał – drugim – ale pomiędzy nimi pojawia się wyliczanka, co można, a czego nie, jak przebiega egzystencja, kiedy wolność staje się już tylko nierealną mrzonką. Tematyzuje autorka kolejne rozdziały czy sekwencje, ale całość jakoś się nie klei, nie może więc do końca przekonywać. Być może jest to również efekt tłumaczenia – ale w tej książce uwagi zbytnio nie przykuwa język ani poruszane motywy. Istnienie więzień dla kobiet – jak i samych kobiet, które do nich nie bez powodu trafiają – ma stanowić jedno wytłumaczenie lektury, drugim jest prowokowanie do dyskusji o tym, jak kobiety mają bronić się przed przemocą. Ani jedno, ani drugie nie wydaje się być wystarczającym sposobem przyciągania do książki. „Mars Room” jest jak wstępny pomysł, szkic do powieści – trzeba by mu dorobić szkielet konstrukcyjny, żeby coś zaczęło iskrzyć.

Jednocześnie jest to przejście od literatury sensacyjnej w kierunku tematyzowanej „autobiograficznej” (jako autobiografia bohaterki-narratorki) – taka optyka zmienia rozkład sił. Może Rachel Kushner właśnie próbuje po prostu poeksperymentować z formą w gatunku, który na eksperymenty nie jest zbyt otwarty, opowiedzieć historię inaczej – i sprawić, by owo „inaczej” było dla czytelników pretekstem do wkroczenia w nieznany świat. „Mars Room” albo odbiorcy od pierwszych stron pokochają, albo nie przekonają się do tomu już w żadnym momencie, trudno nawet powiedzieć, jaka reakcja będzie bardziej w tym wypadku prawdopodobna, bo to książka bezbarwna mimo szokujących z pozoru tematów. „Mars Room” to także powieść surowa – momentami zbyt surowa, żeby przełożyły się przeżycia bohaterki na emocje czytelników. Trzeba się dość długo przyzwyczajać do sposobu prowadzenia narracji.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,