Recenzje

Syrena w musicalowym szturmie

O spektaklu “Rock of Ages” wg scenariusza Chrisa D’Arienzo i Ethana Poppa w reż. Jacka Mikołajczyka w Teatrze Syrena w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.

Jacek Mikołajczyk nie ustaje w poszukiwaniu atrakcyjnego repertuaru musicalowego – w ten sposób Teatr Syrena powraca do tradycji spektakli muzycznych, które od czasów Jerzego Jurandota zawsze dominowały na scenie przy Litewskiej. Po sukcesie „next to normal”, z udaną rolą Katarzyny Walczak w roli matki i żony zmagającej się z chorobą psychiczną, a także nie mniej ciekawych  „Czarownicach z Eastwick” i „Rodzinie Addamsów”, wrzesień  przyniósł premierę “Rock of Ages” Chrisa D’Arienzo i Ethana Poppa, musicalu, który na Brodway’u od dnia premiery 27 lipca 2005 roku zagrany został ponad dwa tysiące razy. Nie mniejszy sukces tytuł ten osiągnął na scenach londyńskiego West Endu, w Toronto czy La Vegas.

Tym razem Mikołajczyk, reżyser i jednocześnie autor bardzo udanego przekładu, zgrabnie nawiązującego w wielu momentach do tego, co dzieje się na innych scenach teatralnych Warszawy, zabiera nas w podróż do Los Angeles, gdzie w 1987 roku ma dojść do likwidacji klubu przy Sunset Strip, niegdyś cieszącego się sławą i będącego wylęgarnią rockowych i heavy-metalowych talentów. Czy uda się wyciągnąć z opresji ten zasłużony dla artystycznej bohemy przybytek dowiemy się dzięki działaniom i wysiłkom różnej maści artystów, którzy pragną uratować to legendarne miejsce przed zakusami arbitralnych developerów. Wszystkie zawarte w „Rock of Ages” przeboje gwiazd lat 80.,  między innymi takie jak “We Built This City”, “I Wanna Rock”, “I Want To Know What Love Is”, “The Final Countdown”, “Oh Sherrie”, zabrzmiały w musicalowym wydaniu w interpretacji zaangażowanych w przedstawienie artystów znakomicie, zarówno pod względem intonacyjnym, jak i wyrazowym – były to prawdziwe popisy doskonałego i pełnego żaru kunsztu wokalno-aktorskiego. Sprawdzili się też bez najmniejszych uchybień po raz kolejny dotychczasowi współpracownicy dyrektora Mikołajczyka – Tomasz Filipczak jako kierownik muzyczny, scenograf Mariusz Napierała  oraz Jarosław Staniek i Katarzyna Zielonka odpowiedzialni za choreografię.

„Rock of Ages”, w inscenizacji przygotowanej przez polskich artystów, to spektakl imponujący niesamowitym tempem i dynamizmem, wysmakowany w formie wizualnej i angażujący pełną namiętności narracją. Poza tym przedstawienie, pomimo niewielkich  gabarytów sceny przy Litewskiej, fascynuje rozmachem i urzeka znakomitym wykonawstwem całego zespołu. Jakość artystyczna kreowanych postaci jest tutaj doprawdy zdumiewająca i wyborna – nawet najmniejsze epizody nie giną w gęstej partyturze narracyjno-muzycznej, bo podporządkowane są przyjętej przez Mikołajczyka konwencji, która nie próbuje wdzięczyć się do widza różnorodnością niespodzianek, a oddani i konsekwentni artyści, również dzięki swojemu nieprawdopodobnemu temperamentowi i wdziękowi, czują się w takiej koncepcji jak ryba w wodzie. Tańczą, śpiewają i grają zjawiskowo, z ogromną pasją i szczerością,  dlatego ogląda się to widowisko od początku do końca z zapartym tchem… i wypiekami na twarzy. Bo to nie jest grzeczny obyczajowo teatrzyk, do tego mający przysmucać, ale zrealizowana na pełnym luzie, odjechana i rozgrzana do czerwoności historia o tym, jak walczyć o swoje marzenia i umieć je spełniać nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach.

Mikołajczyk stworzył opowieść, która potrafi nie tylko rozbawić widownię do łez, ale może też nakłonić do nieco głębszej refleksji i wzruszyć. Może być też w jakiejś mierze, choć oczywiście nie pozbawioną elementów humorystycznych, analizą stanu ducha młodego pokolenia i uwidocznieniem jego pragnień czy też prezentacją wartości, których ono chce bronić. Naprawdę trudno jest pisać o spektaklu, który jest dopracowany perfekcyjnie pod każdym względem, który pomysłowo przenosi wielopoziomową akcję z miejsca na miejsce,  którego organizacja przestrzenno-akcyjna jest cały czas sytuacyjnie żywa i logiczna, a zapierające dech w piersiach sceny zbiorowe imponują rzadko dziś spotykaną w teatrze – w takim wymiarze – energią, zapałem  i dynamiką, w którym wszystkie sensy, bez odrobiny efekciarstwa,  wybrzmiewają  z odpowiednią siłą i znajdują uzasadnienie w rewelacyjnym aktorstwie. Syrenie pozazdrościć może tak wyrównanego zespołu nie tylko Wojciech Kępczyński i jego Teatr Roma, kilkakrotnie z przymrużeniem oka przywołany na scenie podczas premiery przez Przemysława Glapińskiego, ale i wszystkie pozostałe sceny musicalowe w Polsce.


Fot. Klaudyna Schubert

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,