Recenzje

Teatr , który jest!

„Teatr, którego nie było” według Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Piotra Tomaszuka w Teatrze Wierszalin w Supraślu – pisze Anna Czajkowska.

Słynna dwudziestowieczna inscenizacja „Sędziów” Wyspiańskiego w reżyserii Konrada Swinarskiego, który najpierw, w 1968 roku wystawił ją w Starym Teatrze w Krakowie, a później sfilmował, przeszła już do historii dramatu. Teraz po kryminalne zdarzenie opisane przez Stanisława Wyspiańskiego sięga Piotr Tomaszuk, by wraz ze swoim Teatrem Wierszalin przygotować w Supraślu autorską wersję dramatu (tragedyi, jak nazwał swój utwór sam autor) i w ten sposób uczcić 150. rocznicę urodzin autora “Wesela”. Odnotowane w XIX-wiecznej prasie i zakończone procesem sądowym zdarzenie – zabójstwo ciężarnej dziewczyny, służącej u karczmarza Heinzla, do którego doszło we wschodniej Galicji – posłużyło wybitnemu dramaturgowi za osnowę jednej z ostatnich sztuk, arcydzieła napisanego trzy miesiące przed jego śmiercią. Pospolita zbrodnia, dokonana we wsi Jabłonica koło Tatarowa na Huculszczyźnie, urasta u niego do wymiarów uniwersalnych, a wina i kara przybierają wymiar antyczny, wzniosły, bliski dramatycznym sytuacjom ze Starego Testamentu i antycznej tragedii greckiej. Piotr Tomaszuk korzysta z precyzyjnego opisu, symbolizmu zawartego w ruchu scenicznym i gestach, biblijnej stylizacji autorstwa Wyspiańskiego, jednak podchodzi do tekstu z pewną „przewrotnością” – nie pokazuje „Sędziów”, tylko „Teatr, którego nie było”.

Tomaszuk, „wsłuchując” się w tekst Wyspiańskiego, postanowił poprzedzić go wstępem, dość długim i znaczącym. Pierwsza część spektaklu to rozmowa Stanisława Wyspiańskiego z Ludwikiem Solskim. Wyspiański, schorowany, dotknięty częściowym paraliżem, przybywa do Krakowa, do Solskiego, który od jakiegoś czasu pełni funkcję dyrektora Teatru Miejskiego w Krakowie i prosi o wystawienie najnowszej sztuki – „Sędziów”. Rzeczywisty dialog między dwoma osobowościami , ich starcie (choć w przyjacielskiej atmosferze) stało się inspiracją dla Tomaszuka, który z wyczuciem, po mistrzowsku, zachowując sens i podkreślając znaczenie rozmowy, zapisał ją na nowo, zapoznając widzów „ z realiami samego tematu”. Tak powstał „Teatr, którego nie było”. Przed publicznością zgromadzoną w niewielkiej przestrzeni Wierszalina, gdzie wzrok co chwilę pada na znaczące rekwizyty i która pachnie teatrem za jakim tęskni wielu teatromanów, rozgrywa się dramat. Tu można poczuć ludzkie emocje zamknięte w słowo, gest, muzykę, a w powietrzu unosi się nieuchwytna, najpiękniejsza i niemal namacalna esencja prawdziwego teatru. Atmosfera panująca w Wierszalinie wydaje się idealna dla kameralnych spotkań z przejmującymi spektaklami, których chciałoby się zdecydowanie więcej na polskich scenach . A takim niewątpliwie jest najnowszy „Teatr, którego nie było”. Piotr Tomaszuk i Rafał Gąsowski kreują postacie bohaterów rozmowy. Piotr Tomaszuk, który zazwyczaj jest reżyserem i autorem, tym razem występuje też w roli aktora. Jego Solski, ze sztuczną fryzurą, pudrem, który tworzy na twarzy maskę jak u clowna, miota się, niemal tanecznym krokiem krąży wokół wózka Wyspiańskiego i cały czas mówi. Dyrektor teatru, po trosze groteskowy i egzaltowany, bardzo wygadany, nieco manieryczny i zabawny, nie potrafi ukryć swych kompleksów, maskowanych kapryśną pewnością siebie. Solski kunsztownie operuje głosem, zmieniając intonację, barwę i natężenie. Taki musiał być ten wielki artysta – tenor, który w młodości śpiewał w operze. Żywotność i elastyczność ruchu znajduje znakomite odzwierciedlenie w grze Tomaszuka. Niezmiennie rzutki, próbuje przekonać „Stasia” do swoich racji – nie wystawi „Sędziów”, bo to „o Żydach”, w dodatku – „nie antyk i bez antraktu”. Solski jak ognia boi się starcia z Żydami (zaważyły zdarzenia z przeszłości i wspomnienia z łódzkiego spektaklu „Żyd w beczce”)

Jego rozmówca, ze stoickim spokojem, nieco ironicznie, odpowiada. Z uporem broni swych „Sędziów”, próbując przekonać Solskiego, by właśnie on, w teatrze krakowskim zagrał premierowe przedstawienie. Rafał Gąsowski w roli Wyspiański jest niezwykle autentyczny, bez kropli przesady. Siedzi na wózku (skąd Tomaszuk wytrzasnął taki niesamowity zabytek?), oddycha z trudem, świadomy bliskiego końca, ale nie przestaje być uparty, pewny swego i niepokorny… choć przyszedł prosić. Częstuje Solskiego pobłażliwym uśmiechem, jednak czasem ulega irytacji i wtedy najsilniej pokazuje, jak osobistym, bliskim sercu utworem są „Sędziowie”. Choć tak zmęczony, potrafi wybuchnąć. Jednak choroba jest silniejsza. Chce naszkicować Solskiego – ten, jak prawdziwy celebryta, łasy na pochlebstwa i dbający o promocję od razu się godzi – pomaga przywiązać do prawie bezwładnej dłoni Wyspiańskiego ołówek. Tomaszuk ze starannością oddaje charakter obu artystów, a ich dyskusja, choć czasem wręcz humorystyczna, dotyka bardzo istotnych zagadnień związanych z teatrem, dramaturgią i aktorstwem. Pozornie nic się nie dzieje, jednak siła tej sceny jest ogromna – to również rozmowa o życiu, o tym, co najważniejsze, czyli o wartościach.

Teatr w pudełku to teraz „teatr ogromny” Wyspiańskiego – smutna, ironiczna prawda. Nagle Rafał Gąsowski zmienia się – Wyspiański odrzuca wszelkie ograniczenia, gdy zaczyna „grać swój teatr, którego „nie było i nie będzie”. I tu zaczyna się druga część spektaklu – skrócona wersja „Sędziów”. Przemyślana i przesycona emocjami. „Właściwie nic nie zrobiłem, tylko usunąłem postaci, które mówią to, co na scenie wypowiada Rafał Gąsowski. Tak się to złożyło, że włos zaczął mi stawać dęba i pomyślałem – to właśnie tak słyszał ten tekst Wyspiański” – mówi Tomaszuk. Spoglądając krytycznie na utwór, dostrzega w nim bardzo współczesne rysy i ponadczasową poetyckość. I właśnie dlatego Gąsowski – Wyspiański, niczym demiurg, tworzy swój spektakl, wskrzeszając duchy – „I ciągle widzę ich twarze, ustawnie w oczy ich patrzę – ich nie ma – myślę i marzę, widzę ich w duszy teatrze”. W teatrze, który zmieściłby się w dłoni. W trzepocie motylich skrzydeł widzi poszczególnych bohaterów. W „Teatrze, którego nie było”, podążając za Wyspiańskim, Tomaszuk wraz z aktorami Wierszalina kreuje ponadczasową rzeczywistość. A zaczyna od fabuły żywcem wyjętej z kronik kryminalnych. Żyd-karczmarz Samuel i jego syn Natan trzęsą całą wsią, handlują żywym towarem, okrutnie  cyniczni, bezkarnie stosują przemoc i przekupstwo. Natan, który wcześniej uwiódł, pohańbił i skłonił do dzieciobójstwa służącą Jedwochę, idąc za sugestią Samuela, zabija dziewczynę, a podejrzenie zamierza rzucić na Urlopnika. Młodszy syn Samuela, uczciwy i dobry Joas, który bardzo kocha ojca i brata, nie może znieść brudu i kłamstwa, dlatego wskazuje właściwych sprawców zbrodni i umiera, sprowadzając w ten sposób sprawiedliwość. Tylko u Tomaszuka nie jest to wcale takie oczywiste – pytanie,  czy sprawiedliwość na tym świecie istnieje?. I gdzieś wśród krzątaniny, przeplatających się, galopujących scen, uwagę przyciąga wstrząsający monolog Samuela, który w ramionach trzyma najukochańszego syna. Rozpacz ożywia w nim duszę i człowieczeństwo… choć na chwilę – „Jahweh! Jahweh! Za ciężki mój grzech upadam w proch, na kolana, i głową uderzam o próg” – woła.

Wszyscy aktorzy grają brawurowo, podkreślając odmalowane przez autora (przecież Wyspiański był genialnym malarzem!) namiętności i wielkie uczucia, jednak największy podziw budzi Rafał Gąsowski. Jako Wyspiański, który cały czas z pędzlem i paletą w ręku kreśli swój teatr, tworzy i poprawia sceny, aktorów. Jest dzikim Urlopnikiem, którego Jedwocha wciąga w erotyczny, zmysłowy taniec. Jedna rola płynnie przechodzi w drugą – Gąsowski wciela się w Dziada, chciwego, ale i bezradnego Sędziego. A obok niego Dariusz Matys jako Samuel – znakomicie, bardzo po ludzku oddaje cynizm nieprawego karczmarza, a także szarpiące jego duszą emocje i rozpacz bolejącego ojca . Niepełnosprawnego, uzdolnionego muzycznie Joasa gra Katarzyna Wolak. Ileż smutku, niewinności i poczucia osamotnienia jest w tej roli. Równie ciekawą postać – Natana zabójcy – buduje  Adam Milewski. Kreacja Moniki Kwiatkowskiej – służącej Jedwochy – jest niezwykle plastyczna, oparta na geście, śmiechu, grymasie. Bardzo mocna, zmysłowa i niejednoznaczna. Zabawne „pójdziemy, pójdziemy” Sędziego zagania wszystkich do szeregu. Ale gdzie oni mogą pójść? Prostej odpowiedzi nie ma. Tomaszuk uwypukla uderzająco jasny, przejmująco ostry, mistrzowsko zwięzły dialog Wyspiańskiego. Stara się oddać konstrukcję dramatyczną, nie bojąc się skrótów i tworząc własną, skończoną formę. Pomaga mu w tym scenografia Mateusza Kasprzaka, celowo przeładowana znaczącymi, bardzo teatralnymi, przyciągającymi wzrok  rekwizytami – starociami. I oczywiście muzyka na żywo, którą wykonuje sam kompozytor Adrian Jakuć-Łukaszewicz oraz Piotr Tomaszuk. Bez niej „Teatr, którego nie było” nie mógłby zaistnieć.

Teatr Wierszalin to teatr który jest. I to jak bardzo!! Aby się nim nacieszyć, najlepiej wybrać się do Supraśla, gdzie panuje atmosfera teatru wymarzonego. Oby radował dusze i serca widzów nadal, przez długi czas karmiąc oglądających znakomitymi przedstawieniami, których w repertuarze Wierszalina wciąż przybywa.


Anna Czajkowska – pedagog, logopeda dyplomowany oraz trener terapii mowy. Absolwentka Pomagisterskiego Studium Logopedycznego Uniwersytetu Warszawskiego, a także Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z wydawnictwami edukacyjnymi (Nowa Era, Edgard) oraz portalem babyboom.pl, dziecisawazne.pl i e-literaci. Instruktor metody PILATES. Recenzje teatralne pisze od 2011 roku.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , , ,