Recenzje

TKANIE MITU

“Dzieci widzą duchy” w reż. Mariusza Grzegorzka w Teatrze im. Jaracza w Łodzi – pisze Agnieszka Skolasińska.

„Dzieci widzą duchy” to spektakl myślany muzyką, rytmem. Układa się w dziwny, kolażowo zestawiony, w dużej mierze wyśpiewany, współczesny mit. Potrzeba nie lada odwagi artystycznej, żeby ku mitowi się zwrócić,  wbrew wszelkim teoriom o odczarowaniu naszej współczesnej rzeczywistości, o śmierci myślenia symbolicznego. Zwłaszcza, że ten przedstawiony przez Mariusza Grzegorzka i młodych aktorów Teatru Jaracza w Łodzi jest chropawy, okrutny, bezwzględny. Krąży wokół prowincjonalnej, syczącej frustracjami Polski, zagląda w okna domów, w których wrzeszczą na siebie rozzłoszczone rodziny. Wchodzi do dusznych od psychicznej przemocy szkolnych klas. W dodatku za nic ma nasze estetyczne przyzwyczajenia i gusta.  Nie dba o rozróżnienia między prawdziwą sztuką a zwykłym kiczem. Łapczywie zagarnia w siebie wszelkiego rodzaju opowieści, wszelkiego rodzaju melodie. W spektaklu np. polskie rockowe ballady i poetycka piosenka Grechuty dialogicznie przeplatają się ze znalezionym w internecie, naiwnie rymowanym wierszem pani Krysi (Pies z plasteliny). Tak więc Mariusz Grzegorzek, autor tego wizyjnego, wielowymiarowego widowiska, podstawia nam nieomal pod nos naszą patchworkową wspólną historię. Nawet jeśli lubimy myśleć o sobie w liczbie pojedynczej, obcujemy z nią, choćby gdy przeglądamy internet, lub przeskakujemy po stacjach radiowych. Ten mit żyje i nuconymi przez nas melodiami, i naszymi wspomnieniami, z którymi nie wiemy co począć.

Mimo poruszania bardzo trudnych tematów, w jego nieskrępowanej różnorodności tkwi siła. Przepełnia spektakl młodzieńczą energią, która pozwala zadawać niewygodne pytania. Aktorzy wchodzą na naszych oczach w rozmaite role. Nie sposób wręcz opisać ich poszczególnych kreacji, bo tworzą na scenie mikrozbiorowość. Nawet w obsadzie zostają wymienieni jako tytułowe kolejne dzieci (Dziecko 1, Dziecko 2, itd.). W licznych momentach deziluzji przywołują swoje traumy z dzieciństwa. A ich emocje po chwili są przetwarzane przez znane z kultury popularnej piosenki, od klasycznych już ballad przez hip-hop po disco polo. Muzyczny misz-masz porządkują i podnoszą na poziom mitu przepięknie zaśpiewane ludowe pieśni, a nawet średniowieczne chorały. Tym samym to, co jednostkowe, prywatne, płynnie przechodzi w to, co publiczne, w doświadczenie wspólnotowe; to co przyziemne, w to co wzniosłe.  

Tłem dla rozgrywających się kolejnych scen jest ascetyczna scenografia, składająca się ze zwieszonych z sufitu metalowych rur. Bywają one i instrumentami muzycznymi, i np. lasem lub figlorajem. Dopełnieniem stają się symboliczne prezentacje wideo. Aktorzy przy użyciu najprostszych rekwizytów, niczym wiejski bajarz opisywany przez Mickiewicza w słynnej lekcji XVI, misternie splatają imponującą teatralno-muzyczną materię. Od kilku spektakli Grzegorzek eksperymentuje z teatrem opartym na magii wspólnej wyobraźni twórców i widzów. Odkrywa transgresywną mocą prostego „na niby”. Jeśli umiejętnie ją wykorzystać, pozwala ona wyjść poza na co dzień obowiązujące nas granice zdrowego rozsądku, naruszać obyczajowe tabu.

Fabularnie dygresyjną całość porządkuje baśń braci Grimm Krzak jałowca. Jej centralnym, niepokojącym symbolem jest kanibalistyczna uczta. Macocha ogarnięta zazdrością o rodzoną córkę, morduje swojego pasierba, a żeby zbrodnię ukryć, z ciała chłopca przyrządza gulasz, którym karmi jego ojca.

Pożarcie własnych dzieci może być, jak choćby w greckim micie o Kronosie, metaforą napięcia (dosłownie morderczego) między rodzicami i dziećmi. W antycznym micie o początkach świata panujący bóg zjada swoje potomstwo, by nie odebrało mu władzy. Ta metafora bez cienia pruderii, bez owijania w obowiązkowe zapewniania o rodzinnej  miłości, pokazuje, że na bardzo podstawowym emocjonalnym poziomie dzieci są zagrożeniem dla rodziców, a rodzice dla dzieci. Każdy nowy człowiek może potencjalnie rozsadzić zastany rodzinny świat. Musi to zrobić, żeby dorosnąć i żyć wedle własnych zasad. Zjedzenie swojego dalszego ciągu, zapewnia więc iluzję niezmiennego trwania. Dzieciom jako słabszej, zależnej stronie pozostaje podstępna obrona przed pochłonięciem przez system, w którym się urodziły.

W Krzaku jałowca, jak często bywa w ludowych opowieściach, dobro i zło zostają wyraźnie rozdzielone. Ponieważ, podobnie jak mit o Kronosie, baśń toczy się w czasie nielinearnym, lecz kolistym, syn zjedzony przez ojca, nie tyle umiera, ile doświadcza przemian (staje się ptakiem), by móc pokonać ucieleśnienie okrucieństwa czyli macochę i przywrócić harmonię rodzinie. Choć  ta mroczna historia przywołana zostaje w spektaklu niemal dosłownie, przesunięte zostają jej znaczenia. Grzegorzka nie interesuje wyrównywanie jakichkolwiek krzywd, te wyrządzone w dzieciństwie pewnie wyrównane już być nie mogą. Baśniowa narracja pozwala zejść w mrok, który niedostępny jest racjonalnemu językowi. Pozwala przywołać – powracające w jednej z ludowych pieśni rozbrzmiewających w spektaklu – „jasne duchy polne i te z ciemnego lasu czarne, niespokojne”. Twórcy wydobywają z niej problem doświadczonego w dzieciństwie okrucieństwa;  okrucieństwa dorosłych, próbujących pochłonąć, na siłę dostosować dzieci do swojego świata; okrucieństwa dzieci między sobą odtwarzających zachowania u dorosłych podpatrzone; a wreszcie okrucieństwa wynikającego z odmiennej percepcji i wrażliwości dzieci i dorosłych. Baśń pozwala ten temat  wyjaskrawić. Kolorowe kostiumy, w które przebierają się aktorzy, gdy na scenie powraca ten wątek, niemal krzyczą o jego umownym, może wręcz egzotycznym charakterze. Ta rodzinna historia, zaplątana wśród dużo bardziej dla nas zrozumiałych wspomnień aktorów, brzmi dziwnie w swojej niezwykłości i brutalnych zwrotach akcji. Dzięki temu znaczeniowemu wyobcowaniu pozwala główny temat spektaklu doprowadzić do ekstremum. Wzmocnić go także w innych scenach. Jeśli syn skarży się refrenicznie wracającą piosenką: „ojciec ukochany mnie na obiad zjadł”, nie można lekceważąco machnąć ręką i udawać, że to nic takiego. A tym samym skłonni jesteśmy uważniej przyjrzeć się innym dziecięcym traumom, nawet takim, które mogłyby wydać się błahe.

W przeciwieństwie do baśni spektakl nie ma prostej, domkniętej struktury. To wielogłosowa, czasem operującą dysonansem pieśń o miłości i zniszczeniu. Nie o tej miłości, jaką znamy z „Romea i Julii” i niezliczonych rockowych ballad. Lecz o jej dalszym ciągu. O postarzałych kochankach w szlafrokach i rozdeptanych kapciach, którzy choć nie mogą już na siebie patrzeć, to muszą jakoś wspólnie wychować dzieci. A przede wszystkim o dzieciach błądzących na rumowisku miłości, o dzieciach mielonych w mechanicznych trybach szkolnej tresury. O ludziach za małych na to, żeby się na coś zdecydowanie nie zgodzić, którym pozostają jedynie rozpaczliwe starania o to, by ktoś ich zauważył. Oni nie nikną, gdy dorastamy. Niedopuszczeni do głosu,  niczym głodne duchy, podtruwają nas goryczą. Żądają żebyśmy nawet wśród najbliższych nie ustawali w walce już tylko o swoje. Grzegorzek odległym skojarzeniem łączy piekiełka rodzinne z katastrofą ekologiczną, wydobywa złowrogi ton z biblijnego zalecenia: „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Jeśli zignorujemy mrok, będący i częścią naszej natury i naszych doświadczeń, możemy najpierw się nawzajem pozjadać, a potem pochłonąć wszelkie życie wokół nas. Toteż niepokojący wydźwięk baśni Krzak Jałowca, podbija profetyczny Cień Edgara Allana Poe’go, zainscenizowany nieco jak teatralna wariacja na temat filmu Matrix.

Problem dookoła którego krąży, wibruje ten spektakl to jednak poszukiwanie przejścia ze sfery bolesnych zawodów do podstawowej życiowej energii. Finałem spektaklu jest więc nie zamordowanie złej macochy, a  piosenka o odwadze pokochania siebie i innych. Korzystając z doświadczeń rodzinnych, z naszych pierwszych, niezrywalnych relacji, możemy wbrew morderczym instynktom uczyć się bliskości wynikającej z szacunku dla drugiego człowieka. Bo prawdziwa miłość, ta, w której mieszczą się także cierpienia i rozczarowania, która, jak uczy święty Paweł, „nie pamięta złego” i „nigdy nie ustaje”, daje wolność. Jeśli nawet wedle jej zasad wciąż nie umiemy meblować swoich głów i świata wokół nas, warto ją sobie przynajmniej wyobrażać. Warto śledzić tęsknotę za nią i w przyziemnych skocznych rytmach i w sięgających nieba chorałach.


Fot. Mariusz Grzegorzek

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,