Recenzje

Twórca w swoim dążeniu do doskonałości

O spektaklu „Manekiny” Zbigniewa Rudzińskiego w reż. Kamili Siwińskiej w Operze Wrocławskiej pisze Wiesław Kowalski.

Polscy kompozytorzy współczesnych oper poszukując inspiracji często sięgają do utworów literackiej przeszłości, do odległego kostiumu historycznego, w który przyoblekają swoich bohaterów. Wystarczy wspomnieć choćby „Prometeusza” wg Ajschylosa i „Quo Vadis” Bernadetty Matuszczak, „Balthazara” Zygmunta  Krauzego, „Ariadnę” Elżbiety Sikory czy „Antygonę” Zbigniewa Rudzińskiego. Ten ostatni wcześniej jednak sięgnął do prozy i rysunków Brunona Schulza, podobnie jak Bernadetta Matuszczak do „Pamiętnika wariata” Gogola. Wspominam o tym dlatego, albowiem niezależnie, jaka literatura jest bazą operowego libretta język muzyczny tak naprawdę zmienia się niewiele, zarówno jeśli chodzi o rodzaj zastosowanej kameralności, harmonikę, repetycyjność wątków i faktur rytmicznych czy wreszcie formę traktowania partii wokalnych. Ale również tematyczna uniwersalność, nawiązująca do idei eksplorujących takie wartości jak miłość, szczęście, przeznaczenie, cierpienie, wiara, równość, wina i kara, myślowa wolność, odpowiedzialność i szeroko pojęty autonomizm, zdaje się być pokrewna. Wszyscy z wymienionych wcześniej autorów to kompozytorzy operujący dojrzałym i błyskotliwym językiem muzycznym, nawet jeśli mocno indywidualnym to jednak w traktowaniu materii dźwiękowej wyraźnie zhomogenizowanym i teatralnie zwartym.  

Kamila Siwińska przystępując do realizacji „Manekinów” Zbigniewa Rudzińskiego miała pełną świadomość  tego, z jaką kombinacją słowa, muzyki, dźwięku, działania, dynamiki, ruchu, emocji czy gestu ma w tym przypadku do czynienia. Dlatego w poszukiwaniu ekwiwalentów scenicznych dla melodyczno-wokalno-instrumentalnych fraz i linii stawia na sceniczną harmonię, rytm i określoną barwę wszystkich tych elementów, które będą współbrzmieć z naszym dzisiejszym sposobem współodczuwania i nie staną się dla współczesnego widza percepcyjnym dysonansem i ograniczeniem jego poznawczych możliwości. Siwińska stara się w próbach łączenia partytury w inscenizacyjną strukturę nie zawężać a zwielokrotniać interpretacyjno-dramatyczną przestrzeń teatru, rezygnuje z werystycznej afektacji i poszukuje, nawet w abstrakcyjnych obrazach problematyzujących porządek świata czy prawa determinujące człowieczy los, emocjonalnego wypełnienia  – konstruuje tak sceniczną rzeczywistość, by była silnie oparta w każdym geście, w znaczącej konfiguracji układów przestrzennych, odchodzących od teatralnej sztuczności, statyczności i hieratyczności anachronicznych zachowań przypisanych tradycyjnie pojmowanej operze. Tym samym widać, że zależy jej przede wszystkim na wyeksponowaniu w tym muzycznym dramacie wewnętrznej energii nie tylko z samej partytury, ale w takim przekładaniu jej na środki wyrazowe aktorów-solistów, na ich umiejętności dialogu i dynamizującą emocje wymianę wzajemnych starć i rozświetleń, by była materią żywą, zwartą, zaskakującą, pulsującą, różnorodną, silną napięciem i wyrazistością zarówno w warstwie plastycznej, jak i wykonawczej. Sceniczne postaci są u Siwińskiej trafnie i mocno okonturowane, bo zamknięte w gorsecie wielowymiarowej formy, jednocześnie pozwalającej na intensywność scenicznego bycia odrealniającego tekst i podkreślającego abstrakcyjność muzyki. Siwińska w poszukiwaniu filozoficznych sensów spektaklu, wykorzystując swoje niewątpliwe umiejętności dramaturgiczno-narracyjne i zdolności konstrukcyjne stara się uwypuklać wszelkie kontrasty zarówno w fakturze kostiumów (Martyna Cierpisz), jak i w sposobie operowania światłem, nie boi się odcieni groteskowych, które skutecznie intensyfikują przedstawianą rzeczywistość (scenografia – Kamila Siwińska) i uplastyczniają fabułę dramatu. Jego miejsce akcji to przypomnijmy zaniedbane i zagracone atelier starego drohobyckiego krawca i bławatnego handlarza – żydowskiego marzyciela Jakuba, dlatego tak ważny jest w tej inscenizacji każdy szczegół, bo pełni w kompozycji przestrzeni swoją funkcję i musi czemuś określonemu służyć. Dzięki tej perspektywie metaforycznego kreowania symboliczno-surrealnego świata realizacja Siwińskiej przebiega płynnie, bez teatralnych dziur i przestojów. Na scenie spotykamy postaci z  różnych dzieł  Schulza, zarówno literackich, jak malarskich, które zamiast mówić śpiewają. I trzeba się zgodzić z kompozytorem, który przy okazji prapremierowego wykonania, również w Operze Wrocławskiej, powiedział, że nie będzie to żadnym fałszem, a już na pewno nie takim, jaki drażni go w operze podczas realistycznej akcji i realistycznego tekstu artykułowanego w śpiewie i muzyce.  

Wrocławskie „Manekiny” Siwińskiej to współczesna, przejmującą przypowieść o człowieku, który musi zmierzyć się nie tylko z Bogiem, ale także  z własnymi słabościami, demonami przeszłości i tajemnicami wciąż nieodgadnionego świata, w którym żyjemy.

Fot. Natalia Kabanow

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,