Wywiady

Układanka

Z Pawłem Pabisiakiem i Joanną Fidler-Sierzputowską, aktorami Teatru Badów im. Piotra Bikonta, rozmawia Izabela Mikrut.

 Sztajgerowy Cajtung: Teatr Badów przyjął imię Piotra Bikonta. Kierujecie się tym, czego Was nauczył?

Teatr Badów: Przyjmując imię Piotra Bikonta, nasze Stowarzyszenie chciało w ten sposób upamiętnić osobę Piotra – ale i bez tego nasz reżyser i przyjaciel jest obecny stale w naszych sercach. Pracowaliśmy z Piotrem przez 12 lat i przez ten czas wypracowaliśmy wspólny język teatralny. Nie sposób się od tego odciąć, czego chyba nie chcielibyśmy, bo jest to nasz oryginalny, na swój sposób specyficzny język. Więc tak, kierujemy się tym, czego wspólnie się od siebie nauczyliśmy, choć bezsprzecznie Piotr był dla nas mentorem i to on rozstrzygał, jaka będzie wersja ostateczna naszych przedstawień.

Sz. C.: Piotr jest obecny w obu spektaklach, Pędrka wyreżyserował w pierwszej wersji. Zostawaliście przy jego rozwiązaniach, czy może postawiliście na zupełnie nowe?

B.: Oczywiście, część rozwiązań zostawiliśmy, ale staraliśmy się spojrzeć raz jeszcze na tekst Themersona na nowo. My sami już jesteśmy innymi ludźmi, aktorami i trudno by nam było po prostu odtworzyć poprzedniego Pędrka, tak więc niby jest to ten sam Pędrek sprzed dziesięciu lat, ale wydaje nam się, że ma nieco inną jakość. Jest dojrzalszy i mniej mroczny, co było dla nas pewnym zaskoczeniem. No i przede wszystkim mamy w tym spektaklu innego muzyka. Tym razem można będzie usłyszeć i zobaczyć na żywo Przemka Gregera, wybitnego gitarzystę, ale również w tym spektaklu aktora, który wciela się w rolę Wielbłąda.

Sz. C.: Co daje Wam w spektaklach muzyka na żywo?

B.: Każdy, kto widział jakikolwiek spektakl z muzyką na żywo wie, że jest to wartość dodana i rzecz wspaniała. Piotr, kiedy tylko tekst sztuki na to pozwalał, starał się stosować to rozwiązanie. Zdarzało nam się widzieć w innych teatrach przedstawienia, gdzie, owszem, była muzyka na żywo, ale muzycy schowani byli za kulisami! Rzecz nie do uwierzenia. Kiedy się ma w przedstawieniu taki skarb jak muzyka grającego tu i teraz, trzeba to pokazywać i się tym cieszyć.

Sz. C.: Lubicie zabawy formą i różne środki wyrazu, jaki jest Wasz pomysł na teatr?

B.: To bardzo trudne pytanie. Tak z Piotrem, jak i teraz, punktem wyjścia jest dla nas tekst. Zrozumienie go, analizowanie, ale też i zabawa. Każdy z nas, aktorek i aktorów, ma inną wrażliwość i poczucie humoru, więc dopasowanie tego wszystkiego, rozwikłanie tej układanki zawsze sprawiało nam wielką frajdę. Wydaje się, że przez te wszystkie lata naszej działalności stworzyliśmy zgraną grupę, nie tylko twórców (bo nie zapominajmy, że teatr to nie tylko reżyser i aktorzy, ale też scenograf, kostiumograf, kompozytor, oświetleniowiec i dźwiękowiec), ale też i przyjaciół. Pracując, staramy się przede wszystkim oddać w sposób właściwy tekst sztuki, bądź też adaptacji, ale też ważny jest dla nas wzajemny szacunek, i, nie ukrywajmy – dobra zabawa. Pozostaje nam wierzyć, że publiczność oglądająca nasze przedstawienia będzie podzielała nasz entuzjazm.

Sz. C.: Dlaczego wróciliście do Pędrka i do ciągle niedocenianego Themersona?

B.: Zawsze mieliśmy niedosyt grania Pędrka. Graliśmy to przedstawienie stanowczo za krótko. Później jakoś trudno było nam do niego wrócić. Piotr wielokrotnie mówił, że musimy go wznowić. I teraz po prostu poczuliśmy, że jest na to czas i możliwości.

Sz. C.: Sięgacie po literaturę, która wydaje się kompletnie niesceniczna. Na jakim efekcie Wam zależy?

B.: Nie patrzymy na to w ten sposób. Zaczynając pracę nad daną sztuką, nie myślimy o efekcie. Staramy się skupić na właściwym uchwyceniu tekstu i dobraniu do niego odpowiedniej formy. Tak więc nie interesuje nas gonienie króliczka, a złapanie go. Sam efekt jest wynikiem połączenia tych czynników i kiedy zaczynamy pracę nad przedstawieniem, sami jesteśmy go ciekawi. Nie raz zdarzało się, że sami byliśmy zdumieni, dokąd nas ta wspólna, teatralna droga przez tekst i formę doprowadziła.

Sz. C.: Jak można połączyć humor, parodie, oniryczne wizje z ambitną rozrywką? Do jakiej publiczności się kierujecie?

B.: Nasze przedstawienia kierujemy do każdej publiczności. Wydaje nam się, że po prostu dobry teatr będzie przez każdą publiczność dobrze odbierany. Ot i cała tajemnica. I nie chodzi tu o niczyje ambicje, ani snucie onirycznych wizji, ani też o robienie taniej rozrywki. Trzeba po prostu starać się być uczciwym wobec widza i siebie, i liczyć, że nasze propozycje będą się cieszyć uznaniem.

Sz. C.: Czy w dzisiejszych czasach zespół spoza wielkich teatralnych skupisk może się utrzymać na rynku? Jak dajecie o sobie znać?

B.: Nigdy to nie była nasza mocna strona, aby się jakoś specjalnie promować. Nasze Stowarzyszenie korzysta z „poczty pantoflowej”, przed przedstawieniem w Badowie rozsyłamy zaproszenia do naszych widzów, którzy zapisali się do newslettera, mamy swój fanpage na Facebooku i tam też umieszczamy informacje o naszej działalności.

Sz. C.: Czy Ziemowit Szczerek mieszał się do adaptacji? Jaka była rola autora, który przecież widział spektakl?

B.: Nie, Ziemowit Szczerek, autor Siódemki dał Piotrowi -i później nam – wolną rękę, i dzięki mu za to.

Sz. C.: Pojawiła się w Pędrku jakaś scena, której aktorzy bardzo nie chcieli, albo czy nie weszła do opowieści jakaś pożądana?

B.: Nie, nie było takich scen.


Fot. R. Ragan – zdjęcie pochodzi ze spektaklu “Błazen Pana Boga”.


Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,