Recenzje

Upadek

O spektaklu „Król Lear” Williama Shakespeare’a w reż. Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Narodowym w Warszawie pisze Maria Dworzecka.

Są historie bez dobrego zakończenia. Opisana przez Williama Shakespeare’a tragedia króla, który chciał zdjąć z siebie ciężar władzy, ale nie potrafił jej oddać, za sprawą Grzegorza Wiśniewskiego wraca do Teatru Narodowego w Warszawie. Jan Englert ponownie staje na narodowej scenie w roli Króla Leara.

Upadek następuje już na początku. Oto król u schyłku życia nierozważnie postanawia podzielić królestwo między swoje córki, żądając w zamian jedynie deklaracji miłości. Abdykacja i wygnanie sprawiedliwej i prawdomównej córki Kordelii, obraca się przeciwko impulsywnemu władcy. Nagła decyzja króla o oddaniu tronu dziwi córki, ale jest tym, czego wyczekiwały od lat. Król Lear liczy na opiekę, dozgonną wdzięczność i zachowanie przywilejów. Jednak za ufność w puste słowa zapłaci najwyższą cenę.   

W inscenizacji Wiśniewskiego postać Króla Leara grana przez Englerta, choć tak energiczna, jest dojmująco bezradna wobec własnej starości i niemocy. Lear nie umie poradzić sobie z konsekwencjami decyzji, które podjął. Prawdziwie słaby i niepogodzony z nieuchronnym końcem, którego nadejście wypiera. Nie do końca wiadomo, kiedy jest naprawdę szalony, a kiedy ma przebłyski świadomości. Jednak jest pewne, że po krótkim czasie zaczyna rozumieć, jak wielką krzywdę wyrządził ukochanej córce. Lear Englerta jest cichy i sam zaczyna zauważać swój obłęd. Jego powtarzające pytania o to, kim jest, są jak próby łapczywego nabrania powietrza przez tonącego. Dla starego człowieka znalezienie, a być może usłyszenie, jakiejkolwiek odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość, pozwoliłyby mu na utrzymanie łączności ze światem żyjących. Ale nikt na te pytania nie odpowiada. Nikt nie chce na nie odpowiedzieć. Lear koronę zamienia na czapkę, staje się nikim. Jego bezradność, a jednocześnie niezgoda na los dobitnie wybrzmiewa w lustrzanej scenie, w której król jest nagi, pozbawiony wszystkiego co miał – pozycji, przywilejów, domu, godności. Samotność Leara to samotność starca. Nie potrafi pogodzić się z utratą władzy, choć już nie wie kim jest. Może nawet sam siebie nie pamięta. Chciał wcielić w życie maksymę divide et impera, ale nie przewidział własnej słabości. Król, który podzielił i nie rządził.

Wiśniewski wybrał do spektaklu świetną obsadę, pozostawiając aktorom duże pole do własnej interpretacji postaci. Starsze córki Leara – Goneryla (w tej roli Danuta Stenka) i Regana (Ewa Konstancja Bułhak) – jako rywalizujące i bezwzględne siostry są tak do siebie podobne, jak zupełnie różne. Niespodziewane, choć wyczekiwane objęcie władzy wydaje im się zbyt łatwe. Ale z pewnością jest ekscytujące i widać, że są do niego dobrze przygotowane. Chłodna i zachowawcza Goneryla, jak i porywcza Regana szybko oswajają się z nową rolą, a ojciec, któremu wszystko zawdzięczają, staje się zbędnym ciężarem, niepotrzebnym meblem, którego należy się jak najszybciej pozbyć. Córki króla z miłości do władzy nie powstrzymają się przed niczym. Rozsiadają się na tronach i zwiększają wpływy za pośrednictwem angażowania w swoje intrygi Edmunda. Edmund grany przez Przemysława Stippę jest cyniczny, szybko odnajduje się w roli królewskiego kochanka i dowódcy wojsk, realizując własne interesy – bez skrępowania, bez onieśmielenia, wykorzystując chwilę. Jego przeciwieństwem jest brat Edward (Mateusz Rusin), który zwłaszcza w roli szalonego żebraka, biednego Tomka, niesie autentyczną niezgodę na niesprawiedliwość, a przy tym miłość i przywiązanie do ojca, których nie potrafi wyrazić. W świecie, w którym walutą jest okrucieństwo, postać kreowana przez Rusina rozdziera serce.

Ale to Dominika Kluźniak błyszczy najjaśniej w roli Kordelii i Błazna, nie tylko za sprawą kolorowego stroju i ognistych włosów. To jej role są w spektaklu wiodące, ona nadaje energię i rytm. Być może niepotrzebne są przydługie angielskie pieśni, które śpiewa w kluczowych momentach, jednak konsekwentnie domykają kolejne etapy opowieści. Powierzenie aktorce obu ról, jak też rozdzielenie roli Błazna na dwoje aktorów (Błaznem jest też świetny w tej roli Ireneusz Czop, grający hrabiego Kenta), umożliwia wiarygodne przedstawienie niesfornej świty Leara. A z drugiej strony pozwala na towarzyszenie upadłemu Learowi dwóch najwierniejszych mu osób, które zawsze kierowały się moralnością, nawet mimo konieczności przypłacenia tego gniewem władcy i wygnaniem.

Spektakl jest monochromatyczny. Wśród mroku wybija się tylko kolor prawdy uosobiony postaciami Kordelii i Błazna. Inscenizacja jest surowa, zawieszona w bezczasie. Wiśniewski świetnie ustawia aktorów, co uwidacznia zwłaszcza pierwsza scena – każdy zajmuje swoje miejsce, czekając na to, co musi się wydarzyć. Złowieszczej ciszy wtóruje kontrabas. Reżyser przeniósł na scenę tekst wiernie, chłodno, bez zbędnego komentarza. Słusznie też uznał, że niepotrzebna jest przesadna dosłowność, a efektowna choć symboliczna scena burzy ogranicza się do zamkniętego terrarium. Scenografia, kostiumy i światło Mirka Kaczmarka tworzą uniwersum, które widzowi daje przestrzeń na własne interpretacje.

Reżyser w „Królu Learze” nie doszukuje się dodatkowych sensów, nie nadaje nowych znaczeń. Prowadzi raczej widza do indywidualnego stawiania pytań. Choć jak pisał Jan Kott „Król Lear” jest o rozkładzie i upadku świata, to tematów można w nim odnaleźć znacznie więcej. Bo czym jest ten upadek? Jakie znaczenie ma moralność i prawda? Jakie miejsce dla starości jest w społeczeństwie? I czy można współczuć starcowi, który sam zapracował na swój los? Są historie bez dobrego zakończenia. Są tragedie, którym nie można zapobiec.

fot. Marta Ankiersztejn/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , ,