Recenzje

W pałacowej cyberprzestrzeni

O spektaklu GLUTEN SEX w reż. Marcina Zbyszyńskiego – niezależnej grupy teatralnej “Potem-o-tem” – pisze Wiesław Kowalski.

„Gluten sex” to mój drugi kontakt z grupą teatralną „Potem-o-tem”, założoną przez młodych aktorów, pragnących realizować swoje pomysły poza mainstreamem. Najpierw były „Powierzchnie gładkie” grane na Brackiej – zresztą niezależni artyści dla swoich potrzeb potrafią wykorzystać i zawładnąć nietypowymi przestrzeniami, które uruchamiają wbrew przyjętym teatralnym zasadom. Czasami trzeba podążać za nimi w różne dziwne architektoniczne zakamarki, ale są też momenty, kiedy na dłużej możemy zasiąść na krzesłach, poduszkach lub sprzętach, które akurat w danym pomieszczeniu się znajdują. Tak jest właśnie w wymienionych spektaklach, które ogląda się,  czy też może – bardziej w nich aktywnie uczestniczy, z ogromną przyjemnością i z nieustającym zainteresowaniem, jako że są bardzo przyzwoicie przygotowane i wyreżyserowane, a przede wszystkim znakomicie, bo z dużą dozą pasji i zaangażowania aktorsko zagrane. W dodatku artyści starają się nam coś sensownego powiedzieć o naszej rzeczywistości, szczególnie tej, która ma związek z rozwojem najnowszych technologii i możliwością poruszania się człowieka w wirtualnych przestworzach, o sposobach komunikacji, które daje nam Internet i o tym w jakie relacje może wchodzić ze światem realnym. Pisząc swoje scenariusze starają się docierać do sedna problemów, z jakimi może dzisiaj borykać się pokolenie urodzone w latach dziewięćdziesiątych (co wcale nie znaczy, że to, o czym mówią, tylko ich dotyczy)  i przed jakimi staje wyzwaniami podejmując już samodzielne decyzje, również w kwestiach uczuciowych. Widzimy w tych scenariuszach (ich autorem i reżyserem jest Marcin Zbyszyński) całą galerię postaci, które muszą się niekiedy zmierzyć z własną samotnością, niezrozumieniem, czasami naiwnością, narastającą w kryzysowych sytuacjach bezsilnością  czy brakiem akceptacji

„Gluten sex” to przedsięwzięcie logistycznie dość skomplikowane i jak na teatr mało konwencjonalne, ale dramaturgia spotkania aktorów z publicznością przebiega bezkonfliktowo i w atmosferze pełnej przyjaźni. Widzowie bardzo łatwo dają się wmanewrowywać w kolejne etapy podróży młodych bohaterów, z ciekawością wchodzą z nimi w interakcje i bez oporu reagują na wszystkie polecenia, które przychodzi im wykonać. A prolog spektaklu odbywa się już w autobusie, który odjeżdża spod Kinoteki w  kierunku zabytkowego pałacyku gdzieś pod Warszawą. Gdzie jedziemy tak naprawdę nie wiadomo, bo okna są zasłonięte i firanek uchylać nie wolno. Dopiero potem dowiemy się, że wydarzenia, którym towarzyszymy, dzieją się w  roku 2028, a znajdujemy się wśród tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy doświadczając stanu odosobnienia próbują odnaleźć się w wirtualnej rzeczywistości i w niej poszukiwać więzi, których nie udało im się zawiązać w realnych kontaktach z drugim człowiekiem.

Już od samego początku jesteśmy wciąż zaskakiwani – choćby pojawieniem się na autokarowym ekranie samego Wojciecha Malajkata, który w dość ekscentrycznym kostiumie próbuje nam wytłumaczyć czym jest tak naprawdę gluten, ale i też bawi się z naszymi ewentualnymi oczekiwaniami, wobec faktu zakupienia biletu czy strefy VIP-a. Zagadkowy tytuł dość szybko zatem się wyjaśnia, a Filip Kosior niczym antreprener swojego informatycznego geniuszu (Leon Maks) zdradza tajemnicę, że chodzi o program wykorzystujący dotychczasowe osiągnięcia z takich dziedzin jak neuropsychologia, bioinformatyka, hipnoza czy virtual reality. Wszystko po to, by ludzie coraz chętniej i częściej korzystali z technnologiczno-cybernetycznych osiągnięć i pośród tych narzędzi odnajdywali swoje człowieczeństwo. My widzowie mamy niejako uczestniczyć w teście, który ma sprawdzić jakość i możliwości tej w pełni autorskiej koncepcji. I choć to, co oglądamy, nie zawsze napawa nas śmiechem, to wiele w tym spektaklu jest powodów do radości – elementów zabawy, kpiny czy ironii nie brakuje – choćby z faktu, że realizatorzy nie stronią od humorystycznych gagów czy żartobliwych aluzji – dostanie się tutaj każdemu, nikomu nie będzie oszczędzone, bo autorzy nie zatracają zmysłu krytycznego, umieją wąchać czas i starają się być czujni wobec tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas, a co ma związek z szeroko pojętą popkulturą czy obyczajowością w ogóle. Wiele tu rozwiązań przestrzenno-sytuacyjnych i aktorskich podanych z przymrużeniem oka, przez to stawiających w cudzysłów to wszystko, z czym na wyciągnięcie ręki obcujemy. Jednak całość, pomimo pozorów lekkości i żartobliwości, podszyta jest nieskrywaną nutką czarnej melancholii, a nawet smutku, które znakomicie w roli Juliana wygrywa Piotr Piksa.

Zaskoczenie – to jest ten atrybut, który w „Gluten sexie” uruchamiany jest najczęściej, dlatego tak trudno jest pisać o tym spektaklu, albowiem korzysta on z bardzo wielu środków wyrazu, które mają potęgować tajemniczość całej sytuacji, w której odnaleźć się muszą nie tylko protagoniści, ale i sami widzowie. Spektakl ma też wyraźne znamiona instalacji – widz musi wciąż przemieszczać się do innych miejsc (ilość technologicznego okablowania nie zawsze temu sprzyja),  a w antrakcie może odwiedzić niecodzienną piwniczną ekspozycję muzealną.

„Gluten sex” to spektakl, który pomimo całej swojej zabawności, stara się również poważnie spojrzeć na wszystkie obawy, choroby, frustracje czy lęki, jakie czyhają na współczesnego człowieka w związku z wciąż postępującym technologicznym rozwojem. Twórcy dają nam szansę, by się nad tym zastanowić do tego stopnia, że piszący te słowa po powrocie ze spektaklu na otwarcie swojego komputera nie miał absolutnie już żadnej ochoty.

W spektaklu, który oglądałem, w postać Poli Daty – za Martę Wągrocką – wcieliła się po raz pierwszy Katarzyna Obidzińska. Poradziła sobie znakomicie, podobnie jak Maria Sobocińska w roli Heli i Agata Różycka jako Maja. Warto te nazwiska, jak  i te wspomniane wcześniej, zapamiętać na dłużej i przyglądać się kolejnym wspólnym projektom grupy “Potem-o-tem” .

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , ,