Recenzje

W Polsce nauczyłem się złości

„Powrót Króla” w reżyserii Tomasza Hynka we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – pisze Jarosław Klebaniuk.

O Polsce i losie aktorów w Polsce można opowiadać na różne sposoby. Michał Walczak wyśmiał zarówno prawicowo autorytarny rys wielu naszych rodaków, jak i skłonność niektórych aktorów do użalania się nad brakiem okoliczności ułatwiających zrealizowanie aspiracji. Tomasz Hynek ubrał ten tekst w iście komiksowy kostium, jednocześnie sprawnie prowadząc aktorów przez kwestie, które nie zawsze bawiłyby bez odpowiedniego kontekstu. Całość wyszła zabawna, strawna i lekka. Artystycznie zaś spektakl wyróżnił się oryginalnością formy. Swoją drogą, tak powinien wyglądać teatr środka: nie próbować utrafić w gusta każdego, nie stawiać jednak widzowi poprzeczki za wysoko.

Bohaterami historii opowiedzianej po raz pierwszy 12 lipca na scenie Na Strychu była para artystów cyrkowych niemających stałego zatrudnienia, rozgoryczonych, bezdomnych i pozbawionych „dzieci”. Córka – Szmirka od nich uciekła, bo nie mogła znieść znęcania się i poniżania („Tresowali mnie jak zwierzę”), a pozostałe „dzieci”, zwierzęta cyrkowe, zabrał „eko-patrol” i „cierpią teraz w zoo”. „Jesteśmy normalną patologiczną rodziną”, z dumą parokrotnie podkreślał ojciec. Wzajemne pretensje, które mieli do siebie małżonkowie i jednocześnie partnerzy w teatralno-cyrkowym rzemiośle, można traktować, jako dosyć uniwersalny schemat wzajemnego obwiniania się bliskich osób. Przerysowany sposób, w jaki te miniscenki obyczajowe zostały zaaranżowane sprawił, że mieliśmy do czynienia z komedią, jednak spoza groteskowego sztafażu przebijały trafne obserwacje codziennego życia, może nawet próba uchwycenia jakiejś specyfiki związanej z hołdowaniem tradycyjnym wzorcom. Nie na darmo niczym refren powracało niezbyt eleganckie krytykowanie „lewactwa” i „ekologów”. Nawiązania do rzymskokatolickich symboli i liturgii zyskiwały nowy kontekst w spektaklu, którego polityczny przekaz, choć z pewnością nie został postawiony na pierwszym planie, twórcy skierowali raczej do liberalnej czy umiarkowanej pod względem ideologicznej autoidentyfikacji widowni.

Powrót ciężarnej Szmirki związanej z Disco („Jestem freakiem. Lubię to”, „Jestem z Białegostoku”), twórcą Sacro Dark, nowego nurtu Disco Polo, początkowo przywołał dawne żale i wznowił konflikt („Dzieci trzeba czasem postraszyć”), jednak poszerzona rodzina szybko znalazła wspólny cel, którego realizacja miałaby rozwiązać ich problemy, umożliwić wydanie płyty i wyruszenie w „trasę koncertowo-cyrkową”. Wkrótce okazało się, że rzeczywistość nie jest tak przychylna przestępczym zamiarom, jak zdesperowani bezrobotni artyści by chcieli.

Pojawienie się w domu tytułowego Króla, dodajmy, że Króla Popu wywróciło do góry nogami knowania czworga protagonistów. Okazali się podatni na to, co zapewne u wszystkich ludzi wynika z tej mniejszej lub większej dziury (u niektórych, jak twierdzi Ela, „bez dna”) jaką jest niepełna samoakceptacja, poszukiwanie potwierdzenia, dowartościowania, docenienia przez innych. Owe powtarzane wszystkim z osobna „I love you” miało magiczną moc. Widać u naszych bohaterów dziura, jaką w swoistej komicznej hiperboli napisał im Walczak, była na tyle duża, że z potencjalnych oszustów i rabusiów przedzierzgnęli się w wyznawców. A to stworzyło nową zupełnie sytuację.

Z zachwytem słuchali, jak wciąż – wbrew powszechnej opinii – żyjący Król Popu ogłaszał: „Chcę skleić moją ojczyznę rozrywką”. Inaczej niż widzowie, z powagą reagowali na słowa: „Wskrzeszę wymarłe gatunki zwierząt narodowych: bazyliszka, psa Szarika, niedźwiedzia Wojtka, orła białego i kasztankę”. Zapewne gotowi byli chwycić za kilofy i łopaty, gdy zapowiadał: „Zbuduję kanały, w których rodzice z dziećmi będą bawić się w powstańców”. Ze zrozumieniem, jak niedoceniani i odrzuceni odebrali słowa: „Uwolnię z więzień i szpitali psychiatrycznych naszych braci i siostry, które popadły w obłęd oczekując na uznanie”. A wszystko to skleiło im się być może w zrozumiałą całość, gdy przypomnieli sobie wspomnienie Króla z okresu gdy z Amerykanina stawał się Polakiem: „Nauka języka polskiego zmusiła mój mózg do stworzenia nowych połączeń”. Zaiste potrzeba było wielu nowych połączeń, aby z takim rozmachem, pomimo bólu i narkotykowego zamroczenia tworzyć wizję parku rozrywki.

Artystyczny uchwyt „Powrotu Króla” polegał na rozpisaniu przedstawienia na krótkie, często wręcz kilkusekundowe, ograniczone do jednej, jak powiedzieliby teoretycy komunikacji, „pary przyległej”, scenki. Zwłaszcza w spinających całość sekwencjach na początku i na końcu ta forma dominowała. Niemal nieruchome, nienaturalnie upozowane i „uminione” żywe obrazy z wyrazistymi tekstami przypominały obrazki komiksowe. Niektóre sceny były nawet zapowiadane przez ostentacyjne: „Wnet…”. Uzupełniał ten redukcjonistyczny zabieg przemożny niedobór rekwizytów, który zastępowało pantomimiczne i onomatopeiczne (czy wręcz „komiksoaudialne”) pokazywanie czynności. Zdarzały się jednak i rozwiązania scenograficzne wychodzące poza tę formułę. Mieliśmy na przykład pięcioosobowe pionowo usytuowane łoże, które pozwoliło śledzić zachowania postaci. Pomysł ten budził skojarzenie z tym, który parokrotnie wykorzystywany został w Ad Spectatores. Tam, w Browarze Mieszczańskim, postaci leżąc i przemieszczając się na leżąco po podłodze udawały normalną „pionową” rzeczywistość, a ta była wyświetlana w postaci cieni na ekranie projekcyjnym. Tutaj, przy Rzeźniczej, odpowiednikiem ekranu projekcyjnego było pionowe łoże, a różnica polegała na tym, że widzieliśmy jedynie aktorów. Projekcja ich cieni na podłodze zapewne nie przyniosłaby zadowalającego efektu.

Spośród innych realizacyjnych walorów przedstawienia warto podkreślić: dobrą synchronizację scenek komiksowych przeplatanych muzyką sakralną z chórami śpiewającymi w ciemności, niezłe tempo i długość (około 80 minut) niewystawiającą widza na próbę. Umiar w serwowaniu nawet ponadprzeciętnego teatru stał się ostatnio rzadką cnotą. Dlatego też ograniczanie próżności w tym targowisku próżności, jakim jest sztuka sceniczna zasługuje na najwyższe uznanie.

Aktorsko spektakl był bez zarzutu. W nieco grubiańskiego ojca wcielił się Marek Kocot, jego partnerką była ekspresywna Anna Błaut. W roli córki przyjemnie było zobaczyć w dobrej aktorskiej formie Aleksandrę Dytko. Najtrudniejszą chyba do zagrania, bo zróżnicowaną i zmieniającą się postać miała Anna Kieca. Poradziła sobie jednak nie tylko z płcią Króla, inną niż jej własna, lecz i z  przekonującym wykreowaniem tej patetyczno-komicznej persony. Zarówno jej charakteryzacja, jak i piątego aktora bardzo pomogła w uzyskaniu artystycznego efektu. Macieja Kowalczyka wręcz nie poznałem. Tak sugestywnie zagrał nie tylko inną postać, lecz i nieznanego aktora, że zastanawiałem się, kto zacz. Zresztą moim zdaniem była to najzabawniejsza kreacja spośród wszystkich, a wszystkie były udane.

Dodatkową atrakcją we Współczesnym była, stanowiąca swoista aluzję do treści spektaklu,  obecność i nietypowa aktywność znanych aktorów we foyer. Zina Kerste jako bileterka, Wiesław Cichy jako szatniarz… Wyobrażacie sobie?

Powrót Króla” został dobrze wymyślony, zarówno od strony tekstu, jak jego inscenizacji. Całość  konsekwentnie poprowadzono, zaś aktualność tekstu i ciekawe rozwiązania sceniczne zadecydowały o jej atrakcyjności. Eli spektakl bardzo się podobał. „Ubawiłam się”, powiedziała w drodze z Rzeźniczej na Plac Czerwony. A jeśli Ela doświadczyła teatralnej satysfakcji, to zapewne będzie ona dana nawet bardzo wybrednym widzom.


Fot. Marcin Dominiak


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , , ,