Recenzje

W procesie (nie)pamięci

O spektaklu “Podróż do Buenos Aires” w reż. Adama Nalepy w Teatrze Boto w Sopocie pisze Wiesław Kowalski.

Tekst „Podróży do Buenos Aires” Amanity Muskarii to aktorskie wyzwanie. Być może dlatego tak niewiele aktorek próbowało się z tym monologiem zmagać – dotychczas tylko Gabriela Muskała (jednocześnie obok siostry Moniki  współautorka dramatu) w Łodzi i Ewa Nawrocka w Koszalinie. W grudniu zeszłego roku dołączyła do nich Sylwia Góra-Weber, aktorka Teatru Wybrzeże w Gdańsku, która wraz z reżyserem Adamem Nalepą przygotowała spektakl na maleńkiej scenie Teatru Boto w Sopocie. Oglądanie tego spektaklu to ogromna satysfakcja i bardzo ciekawe doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś kto ma w pamięci znakomity spektakl Gabrieli Muskały wyreżyserowany w 2001 roku przez Mariana Półtoranosa. Przedstawienie wciąż jest w repertuarze Teatru Jaracza i kto wie, czy nie jest rekordzistą, jeśli chodzi o teatralny żywot. Nie inaczej może się stać z sopockim monodramem,  który cieszy się ogromnym powodzeniem i grany jest – co widać choćby w zaangażowaniu widzów – przy pełnym ich zachwycie dla umiejętności transformacyjnych aktorki wcielającej się w postać Walerki Foryś.

Adam Nalepa z Sylwią Górą-Weber wybrali zupełnie inną drogę pokazania tego wszystkiego, co w bohaterce „Podróży…” się kłębi – jej krzywd, samotności, opuszczenia, niepokoju, żalu, złości, rozgoryczenia, ciągłych powrotów do przeszłości i dezorientującej codzienności. Zaskakujący jest już sam początek przedstawienia, bo silny głos aktorki zabrzmi już zanim wejdziemy po schodkach i  usiądziemy na widowni. Najpierw dostanie się temu, który zapomniał postawić wodę w garderobie, za chwilę w ten sam sposób zostanie potraktowany reżyser, który próbuje powiedzieć kilka słów wstępu, zanim aktorka pojawi się na scenie. A wierzcie Państwo, że siła głosu Góry-Weber może „przenosić góry”. Drugim zaskoczeniem jest sam kostium aktorki – Ci, którzy pamiętają choćby skromny kapelusik, prochowiec czy szalik w spektaklu granym przez Gabrielę Muskałę, będą mocno zdziwieni, w jak inny i różny sposób tym razem realizatorzy doprowadzają do rozpadu osobowościowego bohaterki, rozgrywającego się na naszych oczach i jakby przy naszym współudziale, jakimi środkami  uruchamiają wyobraźnię, pamięć i kolejne etapy błądzącej  w nieokreślonej przestrzeni kobiety. Na marginesie dodam, że podczas spektaklu, który oglądałem, jedna z pań na widowni raz zaczepiona przez aktorkę i zaproszona do dialogu, pozostała już z nią w kontakcie do końca. Zabieg angażowania publiczności jest oczywiście w tym przypadku słuszny, przyjęta konwencja i formuła spotkania z protagonistką absolutnie tego nie wykluczają, tyle że trudno przewidzieć na ile obok samej aktorki zechce zaistnieć również ten, który do działań interakcyjnych zostanie zawezwany. Sama Góra-Weber radzi sobie z tym znakomicie, bo gra jak w transie  – nic i nikt nie jest jej w stanie wybić z rytmu, zburzyć zbudowanego nastroju czy zdekoncentrować. Pod tym względem jest skupiona tak maksymalnie i tak pewna każdej intencji, każdego działania, że nie ma mowy o jakimkolwiek rozproszeniu. A druzgocącą samotność bohaterki  i dojmującą teraźniejszość podkreśla jeszcze czarna, ascetyczna  przestrzeń, pozbawiona jakichkolwiek elementów, które by ją dookreślały czy indywidualizowały.  Tylko jaskrawo czerwona sukienka  i czerwone szpilki będą się od niej odbijały jak sama bohaterka tocząca obsesyjny pojedynek również ze swoim ciałem i tym wszystkim, co je na początku skrywało. Walerka Góry-Weber, od skandującej przy pulpicie tekst z kartek rzucanych na podłogę niczym resztki jej zapisanej pamięci, pomału przechodzi do prób pozbierania okruchów swoich wspomnień i oskarżania najbliższych, którzy przestali się nią interesować. Ciągłe powtórzenia i powroty do tych samych fragmentów, wątków, obrazów, zdarzeń  i tematów (wychowywanie trójki dzieci, mąż, siostra, córka, synowie, praca w szkole, wykształcenie, renta, notes z adresami, futro, listy do synów, senne koszmary, wojna, Kanada…) powodują, że monologując  staje się coraz bardziej żałosna, rozemocjonowana, rozwibrowana i neurotyczna. Chaotyczność jej pogubionych myśli, coraz bardziej migawkowych, wyrywkowych i nieuporządkowanych, przerywa czasami krótka modlitwa, bo wciąż się w niej tli maleńką iskierką tęsknota  za lepszym jutrem, nadzieja na  pokonanie śmierci, a może nawet wyjazd do Buenos Aires. Powoli Weber kuli się w sobie z  coraz większym natężeniem, pełna niemocy, umazana czekoladą, już tylko w halce, bez szpilek, z których nic nie zostało, staje się prawie że nieobecna, oderwana od rzeczywistości, jakby zamknięta tylko w okowach własnej pamięci.  A może niepamięci?

Warto ten spektakl zobaczyć ze względu nie tylko na  wstrząsający i przejmujący temat, zawarty rewelacyjnie w strukturze samego języka, ale i na  odwagę i siłę aktorskiego wyrazu Sylwi Góry-Weber. Na to jak z protagonistki niepokornej i bezwzględnej, złośliwej i zawistnej,  kochającej i jednocześnie krzywdzącej, niesprawiedliwej i dobrodusznej, coraz bardziej pogrąża się w  swoich słabościach, lękach, urojeniach, w zagubieniu i strachu przed wiecznym spoczynkiem. Aktorka  przy tym eksponuje wszystkie stany Walerki w sposób niezwykle plastyczny i żywiołowy,  unikając w ten sposób monotonii, ale i podkreślając przewrotność i nieoczywistość całej tej opowieści.  Refleksje jakie wywołuje jej kreacyjne potraktowanie materii dramatycznej są bez wątpienia gorzkie i bolesne. Zwłaszcza kiedy spojrzymy na naszą dzisiejszą ubożejącą w empatię rzeczywistość i próby izolowania człowieka od człowieka. Może warto dokonać oczyszczenia i znaleźć swoją własną przestrzeń, która nie będzie martwa i pusta, a stanie się impulsem dla nowych doświadczeń i życiowych doznań.


Fot. Jurek Bartkowski


Wiesław Kowalski – aktor, pedagog, krytyk teatralny. Współpracuje m.in. z miesięcznikiem „Teatr”, z „Twoją Muzą” i „Presto”. Mieszka w Warszawie.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,