Recenzje

W tym szaleństwie brak metody. Albo Szekspir, albo Watykan

Jan Klata każe Edmundowi przebranemu w sutannę tańczyć do „hymnu gejów z małych miasteczek”. W pustych komnatach Watykanu rozlega się legendarne „Smalltown Boy” brytyjskiego zespołu Bronski Beat. To jedna z lepszych scen tego spektaklu, ale nieświeża – znane kawałki muzyki popularnej wplecione w nobliwe fabuły klasycznych dramatów to już obowiązek reżysera, inaczej „sztuka współczesna” nie zasłuży na ten tytuł. Oglądanie „Króla Leara” męczy, Szekspir nie wybrzmiewa (właściwie to nic nie wybrzmiewa). Koncepcja interpretacyjna Klaty jest czytelna, ale niezrealizowana. Mimo to „Król Lear” ma momenty. Ma też wspaniałą scenografię, kostiumy, muzykę, wyjątkowo dopracowany ruch sceniczny. Z momentów i scenografii nie da się jednak zbudować spektaklu.

Oglądając „Króla Leara” Klaty trzeba przyjąć jedną z dwóch strategii: albo skupić się na tekście sztuki, wsłuchać się w Szekspira i skoncentrować na postaci władcy (Jerzy Grałek), albo potraktować to, co dzieje się na scenie jako ruchomy obrazek. Chłonąć wzrokiem grę idealnie zbilansowanych barw (czerwieni i czerni księżych sutann oraz przygaszonego złota watykańskich komnat), cieszyć się chińsko-gregoriańską wariacją na temat „Nothing compares to you” Sinead O’Connor i doceniać pomysłową pracę kamery (imponująca scena wspinaczki Edgara i Gloucestera). Jeśli zdecydujemy się na pierwszą opcję ryzykujemy rozczarowanie. Lear, uwięziony na szpitalnym łóżku, ograniczony plastikowym pudłem (znowu plastik, znowu pudło!), mimo staraniom Grałka jest bohaterem dość nijakim. Po wycięciu lwiej części tekstu oryginalnego z „Króla Leara” zostaje niewiele, żadna z postaci nie przekonuje. Klata rozbebeszył dramat Szekspira, wyjął serce (postać głównego bohatera), kilka mięśni (postaci córek), zszył naprędce imitującymi nerwy nićmi (koncepcja watykańska) i naiwnie liczył, że twór ożyje. Może nie stworzył potwora, ale patchworkową laleczkę, która trochę bawi, trochę smuci, trochę męczy.

Po przyjęciu drugiej strategii tekst sztuki przestaje mieć znaczenie, co pomaga w oglądaniu spektaklu. Praca, jaką wykonała scenografka, to majstersztyk. Jeżeli komuś należy się z okazji „Króla Leara” owacja na stojąco, to Justynie Łagowskiej. Kostiumy – czarne sutanny księży, czerwone – kardynałów, białe szaty papieskie, strój błazna – świetnie prezentują się na tle przepysznego wnętrza watykańskiej komnaty. Niczego nie jest za dużo, niczego też nie brakuje. Dzięki jej prostej koncepcji na sztukę można patrzeć jak na obraz o idealnie wypracowanych proporcjach i wyważonej gamie kolorystycznej. Jest kilka scen, które zapadają w pamięć. Przede wszystkim, wspomniana scena obłędnego tańca Edmunda (Bartosz Bielenia) i sceny zbiorowe: otwierająca, w której bohaterowie składają pokłon Learowi-papieżowi oraz zamykająca spektakl, gdzie bohaterowie w czerwonych sutannach wiją się na podłodze, przypominając plamę krwi, a obraz ten transmitowany jest na ścianie komnaty, w tle. Świetnie się na to patrzy.

Źle się za to „Króla Leara” słucha, i nie mam tu na myśli oprawy muzycznej. Nietrafionym pomysłem było wykorzystanie XIX-wiecznego przekładu Leona Ulricha, lepiej już wystawić spektakl po angielsku. Akcent aktorów Teatru Starego zapewne raziłby mniej, niż archaiczny język, który zaciemnia znaczenie sztuki. Razi też krzycząca Jaśmina Polak (Kordelia/Błazen).

Najbardziej jednak szkoda niewykorzystanego potencjału samego „Króla Leara”. Sztafaż watykański rozpalił oczekiwania widowni, która nie dostaje jednak w zamian nic. O czym miała być ta sztuka? Nie jest ani manifestem antyklerykalnym, ani „rozmową z publicznością o bardzo współczesnych sprawach”, sztuką o „władzy duchowej”. A szkoda. Takiego Leara chciałabym zobaczyć.

Marta Anna Zabłocka

W ramach cyklu „Odzyskiwanie” (recenzje powstałe dla portalu Teatr dla Was) przypominamy tekst Marty Anny Zabłockiej o spektaklu „Król Lear” w reżyserii Jana Klaty w NST w Krakowie.

fot. Magda Hueckel

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,