Recenzje

W zakamarkach naszych dusz

“Matka Joanna od Aniołów” Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Narodowym w Warszawie – pisze Wiesław Kowalski.

Czy diabły istnieją naprawdę i czy są w stanie zawładnąć biegiem naszego życia? Czy nasza zwęglona, sczerniała i wypalona rzeczywistość to już urwisko nie do pokonania? Czy można jeszcze odbudować to, co tylko w obrysach przypomina świetność dawnych obiektów? Wreszcie czym jest sama wiara, czym grzech, czym pycha, miłosierdzie i namiętność? Jak odróżnić dobro od zła? Gdzie tkwią ich źródła? Czy można  obrócić w popiół zło za pomocą zła? Czym jest tak naprawdę ta przedziwna gorączka, która rozpiera ciała i dusze młodych mniszek? Czym jest to ich zbiorowe szaleństwo? Jaka siła za tym stoi? Jak dalece jesteśmy samotni podejmując walkę z demonami? Jak pokonać bezsilność, która takim chwilom zawsze może towarzyszyć? Czy motorem sprawczym zakazanej miłości  może być erotyzm? Jak odnaleźć się w świecie rozchybotanych wartości i pomieszanych pojęć, jak porządkować swoje życie?

Te, ale też i wiele innych pytań, wynikających z naszych własnych doświadczeń, przemyśleń czy przeżyć,  może przywołać zachęcający do wejścia w intelektualny dyskurs spektakl Wojciecha Farugi, przygotowany w Teatrze Narodowym na podstawie adaptacji głośnego filmu Jerzego Kawalerowicza wg opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Choć obok autora „Sławy i chwały”,  pojawiają się w tym przedstawieniu również teksty innych pisarzy, jak choćby Stanisława Wyspiańskiego, które jednak nie burzą dramaturgicznej koncepcji tej przemyślanej i konsekwentnie zrealizowanej inscenizacji.  Faruga, wraz Julią Holewińską, podążają inną drogą niż wcześniejsi realizatorzy „Matki Joanny od Aniołów”, choćby Piotr Tomaszuk, który w Legnicy czerpał w dużej mierze z ludowej wyobraźni, w wielu scenach niemalże misteryjnych stawiając na rozmach, czy Marek Fiedor w Opolu, rozgrywający opowieść na pokrytej błotem scenie i nie rezygnujący z malowniczych obrazków naszej prowincji, zresztą całkiem zabawnie odtworzonych.

W Warszawie przedstawienie rozpoczyna się powściągliwie zaaranżowaną przez Krystiana Łysonia (ruch sceniczny pozbawiony tanich efektów  jest znakomicie zakomponowanym elementem tego spektaklu) sceną, która sprowadzona zostaje do czysto choreograficznego, ale wyrazistego myślowo komunikatu, a nie próby odtworzenia czy uprawdopodobnienia obłąkańczych egzorcyzmów  zakonnic. Równie powściągliwa, pozornie chłodna, ale przenikliwa i pozbawiona najmniejszej celebry, a to ogromna zaleta, jest gra aktorów, zwłaszcza Małgorzaty Kożuchowskiej w roli Joanny i Karola Pochecia jako księdza Suryna. Najważniejsi protagoniści tej inscenizacji ustrzegli się jakiejkolwiek afektacji, prowadząc swoje rozmowy w sposób bardzo oszczędny, wyciszony i skierowany jakby do wewnątrz. Pocheć  czyni to perfekcyjnie, zwłaszcza w sekwencjach, kiedy patrzy na to wszystko, co się wokół dzieje całkiem z boku, pogrążony we własnych myślach,  jakby nieustannie  owładnięty próbą dotarcia do wnętrza kobiecej duszy, a może już przewidujący finałową egzekucję. I trudno wtedy oderwać od niego oczy, bo jest w tym coś naprawdę metafizycznego. Kożuchowska natomiast wspaniale pokazuje wszystkie ekstremalne pragnienia i marzenia tytułowej bohaterki w dążeniu do świętości, która wcale nie musi oznaczać jej chęci pożegnania się  na zawsze z upiorami. Zresztą wszystkie działania, nawet te rozgrywające się w bezruchu, mają tutaj ogromny potencjał emocjonalny i skupiają uwagę widza, który ogląda spektakl niczym zahipnotyzowany. Prostota używanych środków aktorskich, a także zastosowana przez Farugę i Konrada Parola (kostiumy) estetyka całkowitej rezygnacji z jakichkolwiek atrybutów wzmagających nastrój grozy (pojawiająca się od początku przedstawienia siekiera ma swoje funkcjonalne uzasadnienie, ale kategoria jej użycia zdaje się być zupełnie inna) daje w „Matce Joannie…” efekty porażające.

Od czasu premiery „Wszystkich świętych”, których Wojciech Faruga zrealizował w 2012 roku w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, i chyba był to nawet jego reżyserski debiut, nie pamiętam, by którekolwiek jego w międzyczasie zrealizowane spektakle były tak od początku do końca domyślane, jak to ostatnie. Kompozycyjna czystość połączona z rytmiczną niespiesznością , konsekwencja stylistyczna, rezygnacja z rodzajowości  i  z próby rysowania konfliktu grubą kreską, prowadzenie aktorów, w których nie widać grama rutyny, a także  uniknięcie pułapek, które tego typu tematy, dotykające tajników i dylematów naszej duszy, mogą pogrążyć w banale, stanowi o wyjątkowości tego teatralnego dzieła, dojmująco opowiadającego o naszym „tu i teraz”. I w tym tkwi jego siła i piękno. A niepokojąca muzyka Teoniki Rożynek podnosi to wszystko na jeszcze wyższe piętro.


Fot. Magda Hueckel

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , ,