Recenzje

widz_trebicki(nie)poleca: PRZYJEMNOŚĆ Z DOSTAWĄ

O spektaklu „Przyjemność z dostawą” wg Dereka Benfielda w reż. Jerzego Bończaka w Teatrze Komedia w Warszawie pisze Robert Trębicki.

Za farsami specjalnie nie przepadam; dość skutecznie do nich zniechęcił mnie bowiem Och-Teatr, próbując robić niekiedy z tego gatunku polityczne manifestacje czy jakąś „większą sztukę dla znawców”, ”kulturę dla elity”. Dlatego tym bardziej jestem zaskoczony farsą „Przyjemność z dostawą”,  jaką niedawno, listopadowego wieczoru obejrzałem w Teatrze Komedia. A zatem cóż mnie tak pozytywnie zaskoczyło? Przede wszystkim fakt, że pierwsze skrzypce grał nie kto inny, jak  Krzysztof Dracz, który bardzo często występuje również w spektaklach realizowanych w teatrach Krystyny Jandy. Mam jednak wrażenie, że dopiero na scenie Teatru Komedia dał prawdziwy aktorski koncert i pokazał wszechstronność swego talentu, który podziwiam od wielu lat obserwując jego role grane na scenach różnych warszawskich teatrów. Przy Słowackiego był przepysznie zabawny, na wskroś śmieszny i to nie tylko dla samych widzów, ale i swoich współgrających. Miałem wrażenie, że był niczym w ekstazie, w totalnym spełnieniu, uniesieniu i w absolutnej aktorskiej wolności.

Krzysztofa Dracza  widziałem wielokrotnie w świetnych rolach, zarówno dramatycznych („Kto się boi Wirginii Wolf” w Polonii), jak i komediowych, które  czasami  ratowały spektakl przed ostateczną klęską. Dlatego między innymi jest moim ulubieńcem, którego zawsze tak samo podziwiam i cenię. W „Przyjemności z dostawą” w zasadzie zawładnął całą sceną, ale oczywiście – jako zawodowiec – dał zagrać też swoim partnerom. Bardzo pozytywne zaskoczyła mnie Elżbieta Romanowska – znakomita w roli „dużej kobiety”, wiedzącej, co to dobra zabawa. Michał Piela w niczym nie przypomina aktora, którego od czasu do czasu widzę we łzawym serialu dziejącym się w mieście Sandomierz podczas piątkowej kolacji u teściowej. W Komedii mamy do czynienia z absolutnie innym aktorem, ale nie tylko dlatego, że rola jest zupełnie inna. Zachwycająca jest Magdalena Wójcik, która, niestety, zbyt rzadko pojawia się na scenach warszawskich teatrów. Dla Tomasza Dedka jestem pełen podziwu i sympatii, albowiem bez niego Krzysztof Dracz nie zrobiłby całej tej scenicznej rozróby. To kolejny mistrzowski pokaz aktorstwa, humoru i zabawy zarówno dla satysfakcji widzów, jak i dystansu do samego siebie. Ilość i jakość zawadiackich, szelmowskich tekstów, przypominających troszkę bardziej delikatną, ale kultową  odpowiedź na pytanie: „w czym wam mogę pomóc chłopaki?”, była naprawdę imponująca. Jerzy Bończak, choć wystąpił w roli drugoplanowej, w ostatnich momentach był chyba najważniejszą postacią na scenie, perfekcyjnie uderzył w komediowe tony, do tego jako reżyser trzymał pieczę nad wszystkim, co działo się na scenie. Mój szacunek jest tym większy, że to jubileusz 50-lecia pracy artystycznej, dlatego chylę czoła i proszę o więcej.

Co do treści spektaklu, to jest z reguły tak, jak to w farsach bywa. W „Przyjemności z  dostawą” też dochodzi do nieoczekiwanych spotkań, których nikt w tym hotelu na uboczu, będącym miejscem akcji, nigdy by się nie spodziewał. Wszystko jednak poukładane jest w sensowny ciąg zdarzeń, okraszone dużą ilością gagów, zabawnych odzywek, komentarzy i aluzji z pieprzykiem spraw damsko-męskich.

Jestem bardzo mile zaskoczony przeuroczym wieczorem spędzonym w Teatrze Komedia. Oczywiście, mam świadomość, że to nie jest teatr na miarę dyrektorów z wielkimi ambicjami czy zawodowych krytyków wskazujących w rankingach widzom to, co im się najbardziej podobało, a co nie.  To wesoła, zabawna, ale potrzebna rozrywka, szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach permanentnego zła. Potrzebna dla odświeżenia głowy, odreagowania stresu. A „Przyjemność z dostawą” taki efekt zapewnia i to na bardzo wysokim, profesjonalnym poziomie.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , ,