Recenzje

widz_trebicki(nie)poleca: „Wirujący seks. Polskie love story”

O spektaklu „Wirujący seks. Polskie love story” wg scenariusza i w reż. Tadeusza Kabicza w Teatrze Rampa w Warszawie pisze Robert Trębicki.

Wychodząc ze spektaklu głośno pomyślałem, że niewiele ta inscenizacja ma wspólnego ze słynnym, kultowym już filmem „Dirty Dancing – Wirujący seks”. Na szczęście moja teatralna towarzyszka, również będąca, tak jak ja, zwykłym widzem, zapytała: ile razy oglądałem ten film? Jako, że byłem na nim tylko raz,  a ona czternaście razy, wyjaśniła mi, jak wiele było w przedstawieniu odniesień do samego filmu. Choć przyznaliśmy wspólnie, że bardziej można w tym przypadku mówić o inspiracji czy jakimś powiewie nostalgii, a nie o typowym przeniesieniu filmowych wydarzeń na teatralne deski. Zresztą samemu autorowi scenariusza chyba nie o to tak naprawdę chodziło. To pewnie nie jedyny powód dramatycznych niedoskonałości tego skądinąd dynamicznego, muzycznego widowiska.

Para młodych ludzi planuje ślub z weselem, z przepychem i pompą. Rodzice panny młodej właśnie się rozstają, a w pałacu, w którym ma odbyć się huczna uroczystość następuje zmiana pokoleniowa utrudniona przez waśnie między braćmi – spadkobiercami. Cała historyjka jest raczej infantylna i dość przewidywalna. Na szczęście zaprezentowana warstwa muzyczna, zarówno kompozycyjnie jak i wykonawczo, jest znakomita. Cieszy mnie, że Marcin Januszkiewicz w roli Dawida, jednego ze skłóconych synów, wypada tu wybornie, potwierdzając swoją aktorską klasę i wielkie umiejętności wokalne – podczas jednej z piosenek wykonywanych falsetem doprowadza do tego, że śmiechy na widowni zupełnie milkną (!?).  Na szczęście jego talent nie przyćmiewa reszty scenicznej obsady, albowiem w przedstawieniu można usłyszeć jeszcze kilka innych pięknych głosów. Moją największą uwagę przykuła Agata Łabno (główna bohaterka – Mania), którą pamiętam ze świetnej roli w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” w Teatrze Ochoty. W Rampie prezentuje się jeszcze lepiej w nieprzeciętnych interpretacjach piosenek mocno tanecznych, ale i tych bardziej lirycznych. Powiem szczerze, że nagle w branży wokalnej wyrosła spora konkurencja dla Natalii Kujawy, ale to przecież bardzo dobrze, albowiem im więcej pięknych głosów możemy usłyszeć na scenie, tym lepiej. Łabno wokalnie i aktorsko wypada kapitalnie, podobnie jak Julian Mere, którego obsadzono w roli starego, umierającego ojca. To mocno zaskakująca decyzja, zwłaszcza że aktor z powodzeniem szaleje na parkiecie i bardzo dobrze śpiewa, akompaniując sobie na gitarze. Szkoda, że tego potencjału nie umiano wykorzystać w muzycznym widowisku „Cafe Sax”, który przez trzy lata gościł w repertuarze warszawskiej Rampy. Kolejną znakomitą kreację trzeba przypisać Annie Mierzwie w roli nowoczesnej matki, blogerki, „pisarki”. Wokalnie jest świetnie, dramatycznie jeszcze lepiej… . Generalnie, trzeba przyznać, że wszystkim artystom, całej obsadzie należą się słowa uznania, albowiem każdego z nich ogląda się z wielką przyjemnością, a już Krzysztofowi Rogowi za tańce w ortezie i skoki o kuli gratuluję szczególnie.

Spektakl jest tak zakomponowany, że każdy z występujących ma szansę  pokazać pełnię swoich umiejętności, co widać w songu o „zdrowiu młodej pary”, w którym drugoplanowa czwórka – Justyna Cichomska, Dominika Kozak, Przemysław Niedzielski, Łukasz Kamiński – daje przepyszny popis wszechstronnych umiejętności tanecznych i wokalnych. Zresztą tańca jest tu sporo, zarówno w układach zespołowych, jak i tych dwuosobowych, bardziej uczuciowych czy wręcz erotycznych. Wszyscy wypadają nadzwyczaj dobrze – widać ile pracy i potu kosztowało ich wykonanie wszystkich choreografii pod czujnym okiem Michała Cyrana.

W osiągnięciu sukcesu aktorom pomaga materiał muzyczny, a ten jest pierwszorzędny, momentami wręcz nadzwyczajny. Jestem nim prawdziwie zachwycony, również tym, że każda kolejna piosenka jest lepsza od poprzedniej. Nowocześnie brzmią skomponowane utwory przez Grzegorza Rdzaka, na pograniczu nu-jazzu, techno, dream-popu, może też disco z lat 80., z dodatkiem żywego trębacza i saksofonisty, którzy uczestnicząc w scenicznych wydarzeniach tę blaszaną nutkę przypraw fantastycznie do dźwięków dorzucają. A covery „Private Dancer” Tiny Turner czy „Windą do nieba” z repertuaru „Dwa plus jeden” są zrobione w sposób znamienity i niezwykle oryginalny – to zaledwie punkt wyjścia dla artysty, który tworzy ze znanych utworów własną kompozycję.

Finałowa piosenka, którą jako jedyną skojarzyłem z „Dirty Dancing” z pamiętnego wykonania duetu Bill Medley i Jennifer Warnes „The Time Of My Life”, ze słynnym skokiem głównej bohaterki, wykonana została w warszawskiej Rampie ku radości wykonawców i przy aplauzie publiczności.

Cóż, mogłoby się wydawać, że „wysmażyłem” tu laurkę, a przecież tak naprawdę opowiedziana historia nie szczególnie mi się spodobała, co zaznaczyłem już na samym wstępie. Dlatego tak wiele miejsca poświęciłem obsadzie, bo to ona, a nie słaby scenariusz, jest głównym gwarantem sukcesu tego spektaklu. To ona, drodzy widzowie, dostarczy wam najwięcej satysfakcji, dlatego zachęcam do odwiedzenia coraz aktywniej i prężniej działającej sceny teatralnej na warszawskim Targówku.

fot. Paulina Pander

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , , , , ,