Wywiady

Wierzymy, że każdy ma swój własny Jazdów

– Tematem spektaklu, który naturalnie wyniknął w trakcie tworzenia scenariusza jest świat dzieciństwa, które już nie istnieje, to znaczy nie istnieje fizycznie w teraźniejszości, a jednak można do niego wrócić, wejść jak do tajemniczego ogrodu – o „Powrocie do Maa” mówi Maciej Buchwald w rozmowie z Wiesławem Kowalskim.

W. K. Zbliżają się kolejne pokazy spektaklu „Powrót do Maa”, który miał swoją premierę w lipcu w jednym z domków fińskich na Jazdowie, prowadzonym przez wytwórnię Lado ABC. Proszę powiedzieć czy w związku z otwartą formułą tego przedstawienia, bo nie ma w nim sztywnego podziału na scenę i widownię, dotychczasowa publiczność czymś Pana zaskoczyła i na ile aktywnie w nim uczestniczyła?

M. B. Podczas premierowego pokazu spektaklu, pozytywnie zaskoczyła mnie inicjatywa publiczności. W gruncie rzeczy można nasze przedstawienie oglądać w całości nie ruszając się z miejsca, jednak na szczęście mieliśmy do czynienia z odwrotną sytuacją. Widzowie bardzo chętnie przemieszczali się po terenie ogrodu, chcąc zapewnić sobie jak najbardziej intensywny odbiór spektaklu. Dla przykładu – jedna ze scen rozgrywa się wewnątrz domku. Niemożliwe jest, aby cała publiczność zmieściła się w środku. Część osób rzeczywiście weszła do domku, część gromadziła się przy oknach i przez nie śledziła akcję, a byli też tacy, którzy pozostali na zewnątrz i jedynie słuchali dialogu – co ciekawe sporo osób z tej ostatniej grupy mówiło mi że to doświadczenie było bardzo ciekawe – czuli, że jest to scena intymna i fakt, że nie mają do niej fizycznego dostępu a jedynie mogą jej słuchać, pracował na korzyść doświadczenia teatralnego.

Maciej Buchwald
zdj. Bartek Warzecha / mat. Klancyk

Ponieważ Pana dotychczasowa działalność kojarzy się przede wszystkim z występami w Klubie Komediowym i w Resorcie Komedii, czym Pana przedstawienie może zaskoczyć tych, którzy przyjdą na Jazdów po doświadczeniach ze scenami komediowej improwizacji i stand-upem?

– Wydaje mi się, że może to być dla nich coś kompletnie innego. Przede wszystkim, mimo iż są w spektaklu fragmenty improwizowane, mamy jednak do czynienia ze spektaklem napisanym i wyreżyserowanym, ze scenografią, światłami i muzyką na żywo. Spektakl jest w swojej formie dużo bliższy teatrowi, niż improwizowanej komedii. Nie jest to formuła pozbawiona czwartej ściany – czasem aktorzy wchodzą w interakcje z publicznością, jednak od początku do końca pozostają w postaciach, nie mamy prywatnej obecności ani pozateatralnych rozmów z widownią. Jednocześnie, nie jest to teatr zupełnie tradycyjny, choćby przez fakt grania go w przestrzeni Jazdowa oraz przez proces powstawania tekstu, zbudowanego na wspomnieniach mieszkańców osiedla oraz improwizacjach aktorskich. Nasz spektakl stworzony jest na styku różnych form i myślę, że stanowi to jego wartość.

Mówił już Pan, że nazwa Maa użyta w tytule spektaklu pochodzi z języka fińskiego, który sam w sobie jest magiczny, ten bajkowy wybór rymuje się również z miejscem akcji spektaklu. Jaki świat, czy też jaką rzeczywistość chciał Pan nam pokazać na Jazdowie, co w tej teatralnej krainie jest najważniejsze – wieczne dzieciństwo, marzenie, nasza wrażliwość czy wyobraźnia?

– Tematem spektaklu, który naturalnie wyniknął w trakcie tworzenia scenariusza jest świat dzieciństwa, które już nie istnieje, to znaczy nie istnieje fizycznie w teraźniejszości, a jednak można do niego wrócić, wejść jak do tajemniczego ogrodu. Osiedle domków fińskich nie funkcjonuje już w taki spektakularny sposób jak kilkadziesiąt lat temu, jednak wciąż – mimo iż pierwotnie miało być tymczasową zabudową na pięć lat – trwa jako wieś w centrum metropolii. Domek, w którym gramy spektakl nie jest już zamieszkany, a jednak przez działalność wytwórni Lado, czy nasze przedstawienie, dostaje nowe życie. Nie interesowała nas reportażowa, faktograficzna opowieść o dorastaniu na Jazdowie, we wspomnieniach mieszkańców szukaliśmy uniwersalnych, emocjonalnych treści, z którymi widz wychowany w innej dzielnicy lub mieście może się utożsamić, spektakl ma uruchamiać w odbiorcy jego własne doświadczenie i wrażliwość, wierzymy, że każdy ma swój własny Jazdów – prywatną Nibylandię, krainę dzieciństwa.

Pamięta Pan może kiedy pierwszy raz trafił na Jazdów? I czym to miejsce Pana uwiodło czy zachwyciło? Dlaczego według Pana jest ono tak ważne, że warto było poświęcić mu spektakl?

– Od wczesnych lat nastoletnich pamiętam fascynację tym osiedlem. Niezwykłe wydawało mi się to, że skręcając z Placu na Rozdrożu w centrum wielkiego miasta, można nagle znaleźć się na wsi. Jazdów posiada unikalną atmosferę i czar. Mam osobistą więź z tym miejscem, ponieważ w ogrodzie jednego z domków miałem swoje wesele. Od kiedy wytwórnia Lado, z którą stale współpracuję, działa na terenie osiedla, stało mi się ono jeszcze bliższe. Pomysł stworzenia spektaklu o Jazdowie pojawił się w głowie Macieja Miszczaka, grającego w „Powrocie do Maa” jedną z postaci, z którym studiowaliśmy razem w Łodzi. Maciek przyjaźni się z Andrzejem Górzem, działającym w stowarzyszeniu Otwarty Jazdów i w dzieciństwie sporo czasu spędzał w domkach fińskich. Długo zastanawialiśmy się jak może wyglądać spektakl poświęcony temu miejscu, którego wyjątkowości można szukać w historii nowszej – było to pierwsze powojenne osiedle zbudowane w Warszawie, oddane do użytku 1 sierpnia 1945 roku, lub starszej – historia grodu Jazdów sięga XII wieku, osadnictwo w tym miejscu ma historię dłuższą od samej Warszawy, ale też w unikalnej przyrodzie, architekturze i specyfice społeczności Jazdowa, artystycznej, bohemiarskiej, niepokornej, która przez lata zbudowała charakter tego miejsca.

Nie interesowała nas reportażowa, faktograficzna opowieść o dorastaniu na Jazdowie, we wspomnieniach mieszkańców szukaliśmy uniwersalnych, emocjonalnych treści, z którymi widz wychowany w innej dzielnicy lub mieście może się utożsamić, spektakl ma uruchamiać w odbiorcy jego własne doświadczenie i wrażliwość, wierzymy, że każdy ma swój własny Jazdów – prywatną Nibylandię, krainę dzieciństwa.

Wśród Pana współpracowników znalazło się wiele osób bardzo silnie z tym wyjątkowym miejscem związanych. To przypadek, czy poszukiwał Pan ludzi, których będzie łączyła jakaś wspólna emocjonalna więź?

– O Macieju Miszczaku już wspominałem. Scenografię oraz kostiumy do spektaklu tworzyły siostry Misia i Ania Łukasik, które wychowały się na Jazdowie. Współpracowaliśmy wcześniej, więc ich wybór był dla mnie całkowicie naturalny. Wspomnienia dziewczyn były częścią materiału, na którym budowaliśmy scenariusz. Skoro tak się złożyło, że uprawiają taką a nie inną profesję, grzechem byłoby nie skorzystać z takiej sytuacji. Wydawało mi się to oczywiste, że poza świetnym warsztatem, wniosą do projektu swój osobisty, emocjonalny stosunek, który może tylko całości pomóc. Czułem się też bezpieczniej mając w ekipie mieszkańców osiedla, bo wiedziałem, że gdybyśmy coś przekłamali, albo nawet nieświadomie stworzyli coś co mogłoby zostać źle odebrane przez społeczność Jazdowa, od razu nastąpi interwencja. W ekipie tworzącej spektakl były również osoby, które łączy z tym miejscem więź, o której nie miałem pojęcia, na przykład grające w spektaklu aktorki – Elżbieta Jarosik była częstym gościem w domku swojej przyjaciółki, a Ola Rodzik odprowadza codziennie na Jazdów swojego synka do przedszkola.

Jak rodziły się tematy do tego spektaklu, jego wątki i co was szczególnie inspirowało? Jak ostatecznie nazwałby Pan konwencję w jakiej to przedstawienie jest zrealizowane? Czy można też mówić w jego przypadku o spektaklu w jakimś sensie dokumentalnym czy może interwencyjnym?

– Jeżeli miałbym nazwać konwencję tego spektaklu to użyłbym sformułowania bajka dla dorosłych. Bardzo długo szukaliśmy sposobu na opowiedzenie o miejscu nie wprost. Nie chciałem robić spektaklu publicystycznego. Po odrzuceniu różnych niezadowalających tropów, znaleźliśmy punkt wyjścia, zaczerpnięty z mojego własnego wesela. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie wiem gdzie jest moja żona – zniknęła z własnego wesela. Okazało się, że chciała na chwilę odejść od tego całego zgiełku, zapalić papierosa i ochłonąć. Wykorzystaliśmy ten motyw jako początek historii, w której bohaterka znajdująca się w momencie symbolicznego przejścia z dzieciństwa w dorosłość trafia do podziemnego świata Jazdowa, do krainy dzieciństwa, w której odbywa emocjonalną podróż przez jasne i ciemne strony dorastania. W efekcie więc przedstawienie kładzie nacisk na uniwersalny temat dojrzewania i dzieciństwa jako emocjonalnej ojczyzny, a Jazdów stanowi jedynie okoliczność; jednak są też elementy nawiązujące do aktualnej sytuacji administracyjno-politycznej osiedla. Scenę, w której pojawia się urzędnik sugerujący, że wszystkie domki należy zburzyć można nazwać interwencyjną, bo jasne dla widza jest, że my jako twórcy spektaklu nie zgadzamy się z takim stanowiskiem. Natomiast dokumentalność spektaklu to przede wszystkim warstwa tekstu – większość zabaw, historii, anegdot przywołanych w „Powrocie do Maa” pochodzi z autentycznych relacji mieszkańców osiedla, z przeprowadzonych przez nas z nimi wywiadów, które były kanwą scenariusza. Nie bez znaczenia jest też fakt, że spektakl gramy na terenie osiedla, w ogrodzie prawdziwego drewnianego domku fińskiego, co dodaje doświadczeniu widza pewnego dokumentalnego wymiaru.

Nad tekstem pracowaliście wspólnie z Wojtkiem Sobolewskim. Jak żeście selekcjonowali materiał, który był między innymi efektem Waszych rozmów z ludźmi, którzy na Jazdowie mieszkali? Co w tych opowieściach było dla was najważniejsze w sensie budowania fabularnego szkieletu?

– Rozmawiając z mieszkańcami, najbardziej interesowało nas osobiste, unikalne doświadczenie, a więc jak najbardziej konkretne wspomnienia – zabaw, sytuacji, rytuałów, sąsiadów. Z początku zwracaliśmy uwagę szczególnie na to, co było najbardziej specyficzne w dorastaniu na Jazdowie w porównaniu z innymi dzielnicami, czyli na przykład wychowanie wśród roślin, warzyw, w lokalnej, bardzo dobrze znającej się społeczności. W kolejnych etapach, kiedy już klarował nam się temat spektaklu, szukaliśmy przede wszystkim mocnych, uniwersalnych wspomnień nacechowanych emocjonalnie – pierwsza miłość, pierwszy bunt, rozczarowania, rozstanie rodziców, strach przed przyrodą, strach o dom w sensie fizycznym (może zawalić się drzewo), jak i emocjonalnym (rozpad rodziny).

Przed premierą mówił Pan, że podczas prób aktorzy sporo improwizowali. Jakie tematy były głównym polem tych improwizacyjnych poszukiwań?

– To pytanie tak naprawdę stanowi dalszy ciąg poprzedniego. Na początku pracy rozmawialiśmy z aktorami o dzieciństwie, wspólnie czytaliśmy wspomnienia mieszkańców Jazdowa i dzieliliśmy się naszymi doświadczeniami, szukając wspólnych punktów. Kiedy stworzyliśmy drabinkę fabularno-emocjonalną i wiedzieliśmy mniej więcej jaką drogę musi przejść bohaterka, nie chcieliśmy wszystkiego pisać abstrakcyjnie, więc najpierw improwizowaliśmy na dany temat; czasem improwizacje miały lżejszy, czasem cięższy charakter. Mamy w spektaklu sekwencję dziecięcych zabaw – aktorzy wiedzą w co się będą bawić, jednak za każdym razem robią to inaczej, sami siebie zaskakując, żeby scena wciąż miała spontaniczny i dziecięco otwarty ton. Z kolei w scenie stypy, po śmierci ojca, szukaliśmy z aktorami podobnych emocjonalnie wydarzeń w ich życiu i improwizowaliśmy dialog, wychodząc jedynie od jednozdaniowych kwestii wyrażających stosunek danej postaci do sytuacji. Później najlepsze rzeczy wyimprowizowane zapisywaliśmy. Tak więc taka scena jest już grana zawsze według scenariusza, ale powstawała na próbach w wyniku improwizacji.

Wspomniałem już o Pana współpracy między innymi z Klubem Komediowym. Ale jest Pan również absolwentem łódzkiej filmówki. Na ile to ostatnie doświadczenie było Panu pomocne w realizacji projektu na Jazdowie?

– Nigdy wcześniej nie pracowałem jako reżyser teatralny, więc „Powrót do Maa” był dla mnie wielkim wyzwaniem i bardzo ciekawym, nowym doświadczeniem. Oczywiście, mimo że jestem reżyserem filmowym, pewne elementy warsztatu funkcjonują niezależnie od medium – na przykład umiejętność pracy z aktorem. Mój znajomy po premierze powiedział mi, że ten spektakl jest bardzo filmowy, że jego narracja i sposób opowiadania jest dużo bardziej filmowy niż teatralny i pewnie rzeczywiście tak jest. Wychodzę z założenia, że różne formy działalności, którą się uprawia, wpływają na siebie nawzajem – to że jestem improwizatorem pomaga mi w reżyserii i na odwrót, więc na pewno również doświadczenie wyniesione ze szkoły nie zaszkodziło w realizacji tego spektaklu.

Wiadomo, że w teatrze pracuje również wielu absolwentów reżyserii filmowej. W którą stronę będzie zmierzała Pan twórczość? Czy myśli Pan może o kolejnym projekcie teatralnym? A może jednak film weźmie górę?

– Tak naprawdę sam nie myślałem nigdy o reżyserii teatralnej i gdyby nie to, że Maciek Miszczak przyszedł i namówił mnie do spektaklu o Jazdowie, to pewnie nigdy bym jej nie spróbował. Było to bardzo cenne i ciekawe doświadczenie, choćby przez zupełnie inny, dużo bardziej rozłożony w czasie niż w przypadku filmu, proces pracy z aktorami. Na razie nie mam w planach żadnego kolejnego projektu teatralnego, skupiam się przede wszystkim na pisaniu scenariusza filmowego debiutu fabularnego, ale absolutnie nie wykluczam w bliższej lub dalszej przyszłości kolejnych prób teatralnych.

A zatem gdzie Pan ostatnio bywa częściej – w teatrze czy w kinie?

– To jest niestety przekleństwo osób, które występują na scenie, że bardzo rzadko mają możliwość w roli widza uczestniczyć w innych spektaklach, gdyż najczęściej w tym samym czasie grają; z kinem jest o tyle łatwiej, że seanse odbywają się także w godzinach porannych i w ciągu dnia; teatr gra jednak przede wszystkim wieczorem, więc często po prostu wtedy sam jestem na scenie. Zdecydowanie częściej bywam w kinie, również ze względu na to, że jednak filmem zajmuje się na co dzień.

A jakieś teatralne czy filmowe olśnienia udało się ostatnio przeżyć?

Spośród tych kilku okazji, kiedy udało mi się trafić na spektakl teatralny w ostatnim czasie, największe wrażenie zrobiło na mnie przedstawienie „Matko jedyna” w wykonaniu Redbada Klynstry-Komarnickiego. To bardzo skromny spektakl, stanowiący połączenie monodramu z osobliwym stand-upem, w którym bardzo mocne, bolesne, ekshibicjonistyczne wręcz tematy sąsiadują z lekką formą i bezpośrednim kontaktem aktora z widownią. W tego typu formie istnieje zawsze duże ryzyko pretensjonalności lub niezręczności. Tutaj w ogóle nie było tego problemu, spektakl wydaje się przede wszystkim bardzo szczery i do mnie jako widza trafił – co w teatrze nie zdarza mi się często.


„Wierzymy, że każdy ma swój własny Jazdów”

Wiesław Kowalski


Autorem zdjęcia jest Albert Zawada/Agencja Gazeta.

Komentarze
Udostepnij