Recenzje

Woda spleśniała, ojca nie znajduję

„Teraz każdy z was jest Rzeczpospolitą” w reżyserii Macieja Podstawnego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – pisze Jarosław Klebaniuk.

Zrobić dobry patriotyczny spektakl jest bardzo trudno. Na jednym biegunie artystycznych środków leży zadęcie i patos, na drugim – prześmianie i groteska. Maciej Podstawny poszukał własnej drogi,  choć zahaczającej raczej o deformację niż koturnowość. Kłopot z jego przedstawianiem nie polega na braku oryginalności, a na tym, na ile przełożyła się ona na poruszenie czułych strun w sercach widzów. Do cudzych wnętrz zajrzeć mogliśmy ledwie przez mocno umiarkowane brawa, a o własnych postaramy się napisać wstrzemięźliwie, miarkując, cedząc ziarno i plewy.

Zapowiadało się dobrze, bo wymyślne kostiumy i niebanalna charakteryzacja aktorów, a także obecność gitarzysty i perkusisty na scenie pozwalają oczekiwać teatru pełnego, rozbuchanego, epatującego wizualnością i muzycznością. W dodatku w akcję wprowadził szeptem umazany krwią niedoszły królobójca. Będzie się działo, pomyślałem. Relacja z roku 1793 w schyłkowej zachodniej  Polsce mogła być wszak fascynującą opowieścią, zwłaszcza że program zapowiadał teatr w teatrze, a ten – choćby i wędrowny w stacjonarnym – dla miłośników jest nieodmiennie łakomym kąskiem.

Ruchu scenicznego rzeczywiście nie brakowało. Koordynowanie go, przy nieustannej obecności ośmiorga aktorów na scenie, nie licząc dwóch „Kondensatorów Przepływu”, było nie lada sztuką.  Wirtuozi rozlokowali bogate instrumentarium w jednej trzeciej sceny, a rekwizyty i elementy scenografii ulegały stopniowo przemieszczaniu, niszczeniu i entropii. W dodatku gigantyczna stopa kobiety-słonia wzbogacona z czasem o takąż ciążę, ostre i inne niebezpieczne narzędzia w rękach postaci, wielka biała flaga i artystyczny kalendarz z kartkami niczym wielkie płócienne proporce pochłaniały przestrzeń. Wizualnie spektakl uznać można za wymyślny i pełny. Nietuzinkowe operowanie światłem, z długimi momentami pełnego oświetlenia widowni, podkreślało ostentacyjne łamanie klasycznej konwencji. Ponad tę wizualność na plan pierwszy wybijała się jednak akustyczność.

Rozmawialiśmy potem z Elą, w drodze na Plac Czerwony, nazwany tak bynajmniej nie na cześć Krasnoarmiejców, którzy wyzwolili Wrocław w maju 1945 roku, lecz ku upamiętnieniu germańskiej rzeźni, która się tu ponoć mieściła, rozmawialiśmy więc z Elą w drodze do placu po rzeźni o tym, jak niepokojąca, drażniąca, chwilami nieznośna była ta akustyczność. Elektronicznie deformowane dźwięki gitary i perkusji, owszem, po mistrzowsku, jednak wbijały się w uszy, długą igłą wwiercały w rdzeń kręgowy, zwijały w ciasny kłębek duszę i rzucały ją zwierzętom, które nawet nie chciały z nią igrać, bo dawno uciekły przerażone. Nie jest to krytyka wirtuozerii rytmizujących i kakofonizujących artystów, lecz pytanie pod adresem reżysera: czy naprawdę musiało być tak ekstremalnie? Owszem, w początkowej fazie przedstawienia dosłyszałem nawet coś na kształt wariacji na temat utworu „The End” zespołu The Doors, ale potem przeważnie czuliśmy z Elą już tylko przykrość, potęgowaną przydźwiękami, nieważne czy kontrolowanymi czy nie. Co najmniej w jednym momencie, gdy Zakonnica wznosiła okrzyki, gra instrumentów uniemożliwiała też zrozumienie słów.

Cokolwiek można powiedzieć o stronie muzycznej przedstawienia, to z jego stroną wizualną komponowała się ona całkiem nieźle. Groteskowa deformacja postaci, tak przyjemna na pierwszy ogląd, z czasem rozwinęła się w cały szereg działań podkreślających, potęgujących, hiperbolizujących brzydotę. O ile krew i brud zapewne dobrze oddawał atmosferę nieudanego zamachu i przegranej, niezbyt nawet stoczonej wojny, o tyle liczne sceny przemocy fizycznej, gwałtu, w wersji nekrofilskiego i zbiorowej, poniżania, czy celowego naruszania przestrzeni osobistej wyzwalały irytację i złość. Trudno nawet dopatrzyć się czegoś szokującego w tych scenach, choć pewnie mogły u części widzów wywołać odrazę, jednak tak mocne epatowanie przemocą i agresją z czasem traciło swoje ostrze. Gdy w końcowej części spektaklu Jakub metalowym bejsbolowym kijem z całej siły uderzał w manekin reprezentujący zwłoki bohatera, to było to przykre i denerwujące, ale raczej nie chwytało za serce.

Powracające wizyty w popadającym w ruinę dworku (tytuł tej recenzji pochodzi z jednej z nich), rozbijanie młotem ściany z płyty gipsowej, rozpacz związana z utratą włości, sztuczne nenufary rozsypane niejako u wrót – wszystko to dawało posmak już to żalu za odchodzącym szlacheckim zaściankiem, już to dystansowania się do tego, co stało się puste w inny sposób, zanim popadło w  fizyczne opustoszenie. Takich niejednoznacznych scen było zresztą więcej. Krytyka totalnej degrengolady kraju pokazywanej przez pryzmat losów teatru niekiedy przybierała formę dziwacznych wymian między postaciami. Nie wiemy na przykład, czy Kaznodzieja przytrzymujący Zakonnicę chciał ją jedynie ustrzec od przyglądania się nekrofilskim ekscesom członków trupy, czy też wykorzystywał ten moment do fizycznej zażyłości.

Osobnym wątkiem były lepkie wręcz nagabywania niedoszłego królobójcy o to, aby opowiedział, a jeszcze bardziej – wytłumaczył się, dlaczego nie zabił. Niewiarygodne, chwilami absurdalne odpowiedzi brzmiały: „ręka mi drżała”, „rozbolała mnie głowa”, „miałem objawienie” czy – moje ulubione – „bo też zasnąłem” (na widok śpiącego Stanisława Augusta). Ponury i przytłaczający kontekst sprawiał, że nawet potencjalnie zabawne kwestie nie budziły wesołości. A przecież źródłem jej mogła być wymiana między aktorami a posłem-zdrajcą z Grodna: „ – Zaśpiewamy o tobie. / – Nie, nie, nie. Wolę pomnik”. Albo taki dialog między Królową, która zrezygnowała ze strajku skuszona słodyczami a jego inicjatorem pragnącym pieniędzy: „ – Masz czekoladę? A cukierki? / – Nie. / – To jesteś nikim”.

Zabrakło nam z Elą jakiejś spójnej opowieści, fabuły, choćby nikłej, która miałaby jakąś konkluzję, inną niż przypadkowe dosyć zamordowanie Kaznodziei. Ogólnie rzecz biorąc ani scenariusz, ani tekst, pomimo wielu sentencjonalnych czy po prostu zapadających w pamięć wypowiedzi („Ryba oścista, ale smakowita”), pomimo nawet rymowanych stylizacji w monologach nie były mocną stroną przedstawienia. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nie udało nam się wyróżnić czyjejś kreacji aktorskiej. Zastanawialiśmy się z Elą, w drodze do rzeczonej rzeźni, czy w ogóle aktorzy tak dziwaczny i słabo się klejący tekst uznali na tyle za własny, aby móc sięgnąć po pełnię swoich umiejętności. Nie, nie chodzi o to, że zagrali słabo. Wszelkie ruchowe, mimiczne, wokalizacyjne elementy rzemiosła zostały perfekcyjnie (a co najmniej poprawnie) zrealizowane. Jednak nie dało to efektu ani utożsamienia się z postacią, ani empatyzowania, ani współczucia, ani niczego innego, co specyficznie ludzkie i mogłoby się zadziać w trzecim rzędzie pięknie wyremontowanej, z większą przestrzenią na nogi (dziękujemy!), bardziej przyjaznej widowni Dużej Sceny WTW przy ulicy, cóż za zbieg okoliczności, Rzeźniczej.

Nie wiemy, jak odebrać mogą „Teraz każdy z was jest Rzeczpospolitą” patrioci, jak nacjonaliści i inne bliskie tematyce niepodległości i rozbiorów opcje ideologiczne. Gdy Matka żądała zwrotu syna, Janeczka, bo „nie chciała, żeby był Rzeczpospolitą”, zapewne mogliby wysunąć kontrargumenty. Nam ta problematyka wydaje się obca i drugorzędna. Scena, w której ktoś krzyczał do chłopa, aby sam stał się panem i nie czekał z rozpoczęciem uprawy pola, aż ktoś z jakiejś innej społecznej góry przyjdzie, wydała nam się pretensjonalna i zwyczajnie nietrafiona. Przecież nawet powstańcy styczniowi, czyli polska szlachta, nie wzniecili powstania po to, by dać innym obywatelom wolność od siebie samej. Chichot historii polega na tym, że niejako niechcący wywalczyli jakąś formę tej wolności, bo w 1864 roku (ta data padła w recenzowanym spektaklu) car zniósł pańszczyznę na terenie byłej Polski. Zatem cały ten państwowy czy narodowy dyskurs (choć słowo „państwo” czy „naród” na scenie nie pada bodaj ani razu) wydaje się mniej istotny niż dyskurs klasowy czy równościowy. Niepodległość państwa nijak się ma do niepodległości jego obywateli. Może gdyby o tym było przedstawienie, to inaczej byśmy z Elą zareagowali.

Pierwsza premiera na głównej scenie odremontowanego Teatru Współczesnego we Wrocławiu, przygotowana w koprodukcji z Teatrem Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, choć nie pozbawiona wartości artystycznej, dostarczyła tyle negatywnych emocji, począwszy od irytacji, poprzez złość, aż do znudzenia nadmiarem przemocy, bałaganu i hałasu, że nie może zostać zaliczona do udanych. Jesteśmy jednak przekonani, że w nowej scenerii czeka nas jeszcze wiele dobrego.


Fot. Karolina Przybylińska


Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,