Recenzje

Wstydźmy się razem

O “Wstydzie” Marka Modzelewskiego w reż. Wojciecha Malajkata w Teatrze Współczesnym w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.

Marek Modzelewski już niejednokrotnie udowodnił, że potrafi opowiadać o współczesności. „Wstydem” wystawionym w warszawskim Teatrze Współczesnym, za sprawą solidnie opowiedzianej i pozbawionej szkicowości historii, a nie historyjki z życia wziętej, mówi odważnie o naszej rzeczywistości bez jakichkolwiek  zmilczeń, koloryzowywania, bez liftingu, szalenie prawdziwie, dojmująco, a nawet bezwzględnie, okrutnie i bezlitośnie, choć momentami i śmiesznie.

Dialogi dwóch par małżeńskich (wydawać by się mogło, że pochodzących z dwóch różnych światów nie tylko mentalnościowych czy materialnych, ale i z racji dotychczasowych życiowych doświadczeń), których dzieci miały stanąć na ślubnym kobiercu (ostatecznie do ślubu nie dochodzi, bo syn pani ordynator i bogatego biznesmena w ostatniej chwili zrejteruje), toczą się w dramacie autora „Starsza pani prycha” z wyraźnym nacechowaniem na dążenie do wypracowania psychologicznej dominacji, co ujawnia się między innymi dzięki krępowaniu i kondensowaniu obszarów autonomii poszczególnych protagonistów. Brutalność takiego zabiegu wynika we „Wstydzie” nie tylko z faktu braku zrozumienia dla  tego, co mówi partner, ale głównie z przekonania, że nasze argumenty czy przesłanki są niepowtarzalnym i imperatywnym doświadczeniem, naszą mądrością, busolą i proroctwem. Każdy z bohaterów jest dysponentem tutaj swojej własnej prawdy i niejednokrotnie umie ją wyartykułować tylko mocnymi i agresywnymi środkami ekspresyjno-emocjonalnymi (w te atrybuty wyposażone są szczególnie silnie matki), co powoduje w tak niespodziewanie zaistniałych okolicznościach spore zamieszanie w sferze rodzinnych zachowań, które powinny  być w każdej chwili sprawdzane, weryfikowane w podejmowanych próbach wyjścia z impasu oraz znalezienia innego rodzaju łączenia faktów i działania. Tylko, że nikt z protagonistów tego nie potrafi, nie chce i nie umie. Dla Modzelewskiego, pragnącego wejść w przestrzeń duchową, obyczajową i społeczną polskiej rodziny, dwie pary małżeńskie, z niemałym zatroskaniem poszukujące motywów doprowadzających ich dzieci do tak fatalnych w skutkach decyzji, objawiają się nam jako wartość mocno zanieczyszczona i zdegenerowana.

Wojciech Malajkat bardzo uważnie przeczytał dramat Modzelewskiego i świetnie go obsadził. A także wewnętrznie uhierarchizował. Widać w spektaklu doskonałe rozpoznanie przyjętych zasad interpretacyjnych i estetyczno-stylistycznych założeń, a także znajdowania dobrych pomysłów pomagających w konstruowaniu poszczególnych postaci. Autor „Imienin”, wystawionych w 2006 roku przez Aleksandrę Konieczną w Teatrze Narodowym,  eksplorując walkę przeciwnych charakterów i różnych osobowości, ma doskonałe wyczucie języka, dialogu, widać, że potrafi „wąchać czas” i inteligentnie przyglądać się wszystkim zjawiskom i zmianom, jakie zachodzą w naszym społeczeństwie, a także w przypadku „Wstydu” świetne wyczucie formy i konstrukcji zawartości myślowej, co pomogło aktorom uruchomić wyobraźnię i wykreować naprawdę zapadające w pamięć, pozbawione jednowymiarowości i deklaratywności postaci ukazujące pospolitość ich duchowego wnętrza, a nie miałkie i szare gadające figury. Wszystko to razem sprawia, że bohaterów dramatu z ciekawością się poznaje i obserwuje rzeczywistość, w której egzystują. Pełna napięć gra jaką prowadzą protagoniści w poszukiwaniu rozwiązania niezręcznej sytuacji, wszak goście na uroczystość zaślubin zjechali, a orkiestra co i rusz zaprasza do tańca, to rozgrywka od początku do końca intrygująca, bo na ringu, którym jest tutaj zaplecze  weselnej sali, ładunek emocjonalny kolejnych zwierzeń, pretensji, kompleksów, niespełnień  i insynuacji ani na moment nie słabnie. Dodatkowym walorem jest zawarty w dramacie potencjał metaforyczny, nadający semantyczną podwójność wszystkim dialogom, postaciom i sytuacyjnym uwarunkowaniom. Pobrzmiewają we „Wstydzie”, w próbie ukazania całej złożoności naszego świata, echa nie tylko z „Wesela” Wyspiańskiego, ale jest i posmak tego, co znamy z twórczości Gombrowicza czy Woody Allena.

Do Współczesnego na koncert gry Izy Kuny, Agnieszki Suchory, Jacka Braciaka i Mariusza Jakusa wybrać się trzeba koniecznie, również dlatego, by przyjrzeć się jak w lustrze wszystkim mechanizmom zachodzącym w naszym podzielonym społeczeństwie, któremu tak trudno się dzisiaj porozumieć.


Fot. Magda Hueckel

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,