Recenzje

Wszechmocni i bezbronni

O spektaklu „Wszechmocni w sieci” Wawrzyńca Kostrzewskiego w reż. autora w Teatrze Kamienica w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.

Hejt, mowa nienawiści czy przemoc, objawiająca się w sieci, to zjawiska, o których w ostatnich czasach sporo się mówi, można powiedzieć, że to problematyka ciesząca się największym zainteresowaniem nie tylko zresztą samych mediów publicznych czy społecznościowych. Medialne zaciekawienie budzą różne formy czy odmiany powyżej wskazanych mechanizmów, dotykających również przestrzeni, w której porusza się nasza młodzież gimnazjalna i licealna. I dla tej grupy wiekowej, a także dla pedagogów, wychowawców, psychologów i nauczycieli, którzy będą mogli po przedstawieniu podjąć poważną rozmowę na temat wirtualnych uzależnień, ale i ludzkiej samotności, Wawrzyniec Kostrzewski przygotował w warszawskiej Kamienicy spektakl zatytułowany „Wszechmocni w sieci”. Reżyser głośnego „Wesela”, wyemitowanego po raz pierwszy w telewizji w styczniu roku 2019, sam przygotował scenariusz, dokonując głębokiego researchu tego wszystkiego, co można przeczytać na różnego typu internetowych forach czy wysłuchać na YouTubie, a co dotyczy kształtowania poprzez ten rodzaj komunikacji relacji międzyludzkich, nierzadko przybierających formy agresywnej i brutalnej napaści. A zatem mamy w tym emocjonalnie rozwibrowanym spektaklu, nie stroniącym też od elementów ironii, silnie jednak odwołującym się do naszych serc i umysłów, jednocześnie wyważonym w stawianiu jakichkolwiek tez polityczno-społeczno-socjologicznych, do czynienia z mocno aktualnym i trudnym tematem  dotyczącym zagrożeń, jakie na nas w sieci z różnych stron czyhają. Dowiemy się też jak bolesne mogą być skutki i konsekwencje tego typu niestandardowych zachowań.

Wawrzyniec Kostrzewski we „Wszechmocnych w sieci” nie ukrywa, że zrobił spektakl dydaktyczno-edukacyjny, cel tego przedsięwzięcia jest oczywisty, co nie znaczy, że mamy do czynienia z dziełem nie dającym się ocenić na gruncie jego walorów czysto teatralnych czy estetycznych. Reżyser, zaprawiony już w tego typu działaniach (wcześniej pojawiły się  „Dopalacze. Siedem stopni donikąd” też w Kamienicy) wie doskonale z kim chce rozmawiać, do jakiej grupy pragnie trafić, jakimi narzędziami się posługiwać, by spektakl zachęcał do mądrej dyskusji i dotarł ze swym przesłaniem do jak największej grupy młodych widzów, czyli by nie skończył się tylko i wyłącznie mentorskim stwierdzeniem, w jak złym świecie przyszło nam żyć. Dramaturgicznie rzecz jest skonstruowana bardzo ciekawie,  rozpisana na głosy trzech postaci, które w przestrzeni zamkniętej trzema ekranami nie tylko monologują, ale i wchodzą ze sobą w żywy dialog. Jest jeszcze postać matki, w interpretacji Justyny Sieńczyłło, pojawiająca się na ekranie. To wyraźny kontrapunkt dający nam silny kontekst dla zastanowienia się również nad tym, jak bardzo jesteśmy wyalienowani i pozbawieni pomocy w zapalnych sytuacjach wyzwalanych przez wirtualno-technologiczny zamęt kuszący nas wciąż nowymi możliwościami nieograniczonego ingerowania w życie drugiego człowieka.

Podobnie jak w poprzednim spektaklu za wszystkie wizualizacje odpowiada Maria Matylda Wojciechowska – są one bardzo silnym dla tego typu przekazu posunięciem, albowiem atakując widza feerią kolorów i graficznymi bodźcami potęgują efekt wręcz klaustrofobicznego charakteru zagrożenia wirtualnego, a nie towarzyszą bohaterom jako czysto formalny środek konwencjonalnego oprofilowania. Przedstawienie rozpoczyna długi monolog Marcina Stępniaka, który wprowadza nas w rzeczywistość młodych ludzi, żyjących tym, co mogą anonimowo zamieszczać i komentować na Facebooku, Instagramie, Snapczatach czy Twitterach. Albowiem uzależnienie od wszelkiej maści lajków, różnego typu polubień czy komentarzy jest tylko namiastką żywego kontaktu z drugim człowiekiem, zabijającym wrażliwość i dającym szansę na bezkarne, często nieuzasadnione wyrażanie swoich opinii na temat innych czy emocji związanych z różnymi faktami, bez liczenia się z poglądami czy stopniem świadomości interlokutora. Wyrzucany jak z karabinu maszynowego tekst, wypowiadany przez młodego aktora, jest bardzo czytelnym komunikatem, będącym pokoleniowym świadectwem tego, jak bardzo młoda formacja jest podatna na wszystkie czynniki, które mogą doprowadzać do osobowościowego rozchwiania i tożsamościowych fluktuacji. Dopiero potem pojawia się na scenie Olga Sarzyńska, postać spoza rzeczywistego świata, mocno przerysowana w kostiumie i charakteryzacji, stając się koryfeuszem przeprowadzającym nas przez kolejne objawy sieciowych fiksacji, nałogów, osaczeń, usidleń i zniewoleń. Poszczególne sekwencje rozpędzają się jak w kalejdoskopie, są zaskakujące w próbach pokazania rodzącej się w człowieku nienawiści,  tak samo jak zaskakujące jest każde pojawienie się na scenie Katarzyny Ucherskiej, która nader subtelnymi i delikatnymi środkami, kontrującymi znacznie bardziej ekspresywne zachowania Stępniaka i Sarzyńskiej,  pokazuje dramat zastraszanej dziewczyny nie mogącej poradzić sobie z tym, co ją w jej środowisku spotyka.

Komentarze
Udostepnij
Tags: , , , , ,