Recenzje

Wszystkie chwyty dozwolone

Jessica Bennett: Feminist Fight Club. Buchmann, Warszawa 2019 – pisze Izabela Mikrut.

“Feminist Fight Club” budzi szereg wątpliwości już na starcie, na etapie przekonywania czytelniczek, że powinny stawać po stronie “sióstr” (pozostałych kobiet w miejscu pracy), że tylko kobieta da kobiecie niezbędne wsparcie, że tylko tak można walczyć z dominacją mężczyzn (oraz z męskoosobowymi końcówkami w języku). Nie ma ani słowa o tym, że kobiety także bywają wredne, zawistne, złośliwe, że potrafią knuć intrygi i nie zawsze da się im ufać – o, nie.

W “Feminist Fight Club” wrogiem jest mężczyzna. Mężczyznę można traktować lekceważąco (nawet jeśli to całkiem miły kolega, który akurat nie zrobił nic złego), mężczyznę można zelżyć (niech cierpi za błędy popełniane przez szowinistycznych samców), z mężczyzny nic dobrego nie będzie. To mężczyzna uciska płeć piękną, same kobiety nie mają sobie nigdy nic do zarzucenia. Jessica Bennett pisze czasami o sprawach ważnych, a czasami o sprawach wyolbrzymionych – sięga po ostrą satyrę i wygłupy nieprzystające do powagi sytuacji – bo uważa, że przez śmiech łatwiej jej będzie zjednoczyć odbiorczynie w słusznej sprawie walki z patriarchatem. Jeśli jest jakaś kobieca wada, która szczególnie może męczyć w kontaktach (zwłaszcza tych zawodowych), to należy ją bardzo ostrożnie wprowadzić w narrację – i zasugerować, że może warto by z niej zrezygnować. Nie należy takiej kobiecej wady wyśmiewać ani ubierać w scenki ośmieszające – bo przecież czytelniczki mogłyby się poczuć urażone. Nawet jeśli irytują nastolatkowo modulując głos w rozmowach, albo nadużywają emotek w kontaktach smsowych (co mężczyznom się w takim stopniu nie zdarza): wystarczy odrobinę napomnieć. Jeśli na uchybienie podobnej rangi pozwoli sobie mężczyzna, trzeba go zmieszać z błotem. W zasadzie niczego innego nie można się było spodziewać po tej narracji, ale fakt nieprzystawalności rangi przewinienia do zjadliwości komentarza – w zależności od tego, czy quasi-skandalu dopuściła się kobieta czy mężczyzna – szybko zacznie męczyć.

“Jak przetrwać w seksistowskim miejscu pracy” głosi krzykliwe hasło na okładce, ale problem nierówności społecznych wynikających z różnic płci w miejscu pracy ma tu niewielkie znaczenie. Bardziej autorka skupia się na postawach wobec kobiet – gestach, słowach i wzmiankach, które ani nie męczą przesadnie, ani nie wydają się molestowaniem czy problemem nie do przeskoczenia. Tyle tylko, że zwykła rozmowa, podczas której można przedstawić swoje stanowisko i stosunek do prezentowanych przez drugą stronę irytujących przyzwyczajeń nie wchodzi w grę i nie jest zalecana. Tu trzeba walki, walki natychmiastowej i ostrej, a do tego wszelkimi dostępnymi środkami. Walki, która z jednego problemu wpędzi czasami “fajterki” w inny. Bo jeżeli kobiecie nie podoba się, że ma przygotować kawę, powinna robić z siebie niezdarę, która notorycznie psuje ekspresy. Jeżeli ktoś prosi ją o zrobienie notatek na spotkaniu – powinna wskazać kogoś innego (najlepiej mężczyznę), zasłaniając się ogromem obowiązków. Trochę mało to przekonuje, znacznie lepsze efekty mogłaby dać lekcja asertywności. Ale według autorki kobiety boją się, że zostaną ocenione jako agresywne czy rozhisteryzowane. Nakłania je do takich czynów, które tylko podsycą podobne oceny – brakuje w całym poradniku refleksji na temat rzeczywistych źródeł problemu. Łatwo jest wskazać wroga, odpowiedzialnego za wszystkie nieszczęścia świata – znacznie trudniej przeanalizować każdą sytuację bez uogólnień i dostrzec również własne niedociągnięcia.

“Feminist Fight Club” to pozycja pisana w formie zabawnego (w zamierzeniu) poradnika, w którym schematy i komentarze często podporządkowywane są śmiechowi – ale też zdarzają się odwołania do faktycznych przeżyć autorki i jej przyjaciółek. Jednak sama w sobie będzie  ta publikacja feminizm ośmieszać przez jednokierunkowość wysiłków i brak głębszej refleksji nad przyczynami problemów nie tylko w miejscu pracy.

Komentarze
Udostepnij
Tags: ,