Zapowiedzi

Zapowiedzi na LUTY – wydawnictwo Uroboros oraz YA!

Tytuł: Wezwij sokoła

Autor:   Maggie Stiefvater

Tłumacz: Piotr Kucharski

Tytuł oryginału: Call Down the Hawk

Wydawca: Uroboros

ISBN: 978-83-280-8336-3

Oprawa:  miękka

Format: 135×202 mm

Liczba stron: 512

Wydanie: 1

Data premiery: 24.02. 2021 r.

Opis:

Pierwszy tom trylogii Śniący.

Wśród nas znajdują się śniący… i wyśnieni. Ci, którzy śnią, nie potrafią się przed tym powstrzymać, mogą jedynie próbować to kontrolować. Ci, którzy zostali wyśnieni, nie są w stanie wieść samodzielnego życia, ponieważ zasną na zawsze, jeśli ich śniący umrą.

Istnieją tacy, którzy lgną do śniących. By ich wykorzystywać. By ich więzić. By ich zabijać, zanim ich sny zniszczą nas wszystkich.

Ronan Lynch jest śniącym. Potrafi wyciągać ze swoich snów zarówno wspaniałości, jak i koszmary, i przenosić je do swojej ułomnej rzeczywistości.

Jordan Hennessy jest złodziejką. Im bardziej zbliża się do wyśnionego przedmiotu, którego poszukuje, tym bardziej nierozerwalnie się z nim wiąże.

Carmen Farooq-Lane jest łowczynią. Jej brat był śniącym… i zabójcą. Na własne oczy widziała, jakie skutki może przynieść śnienie śniącemu. Obserwowała też szkody, jakie potrafią wyrządzić śniący. To jednak nic w porównaniu z apokalipsą, jaka wkrótce ma się rozszaleć…

O autorce:

MAGGIE STIEFVATER jest bestsellerową pisarką z list „New York Timesa”, autorką powieści „Drżenie”, „Niepokój”, „Ukojenie”, „Grzesznik” i „Przeklęci święci”. Jej powieść „Wyścig śmierci” trafiła do finału nagrody Michaela L. Printza. Po niej opublikowany został ceniony „Kruczy Cykl”, obejmujący powieści „Król kruków”, „Złodzieje snów”, „Wiedźma z lustra” oraz „Przebudzenie króla”.

Pisarka mieszka w stanie Wirginia wraz z mężem i dwójką dzieci. Można odwiedzić ją w sieci pod adresem maggiestiefvater.com

Fragment:

Prolog

Będzie to opowieść o braciach Lynch.

Było ich trzech i jeśli ktoś nie lubił jednego z nich, mógł wypróbować innego, ponieważ niewykluczone, iż ten z braci, który innym wydawał się nazbyt kwaśny bądź nazbyt słodki, akurat mógłby przypasować właśnie jemu. Bracia Lynch, sieroty Lynch. Wszyscy w ten czy inny sposób powstali dzięki snom. I wszyscy, jak jeden mąż, byli diabelnie przystojni.

Troszczyli się o siebie. Ich matka Aurora umarła w taki sam sposób, jak umierają niektóre sny: makabrycznie, niewinnie, niespodziewanie. Ich ojciec Niall został zabity bądź zamordowany, w zależności od tego, za jak ludzkiego ktoś go uważał. Czy istnieli jeszcze jacyś inni Lynchowie? Raczej mało prawdopodobne. Lynchowie wydawali się całkiem nieźli w umieraniu.

Sny to w zasadzie niezbyt pewny budulec do tworzenia życia.

Ponieważ bracia Lynch pozostawali w niebezpieczeństwie przez większość życia, każdy z nich wykształcił własne metody łagodzenia zagrożeń. Declan, ten najstarszy, dbał o bezpieczeństwo, zachowując się w jak najnudniejszy sposób. Był w tym bardzo dobry. We wszystkim – w szkole, na zajęciach pozalekcyjnych, na randkach – nieodmiennie wybierał najbardziej banalne rozwiązania. Miał do tego prawdziwą smykałkę. Niektóre formy nudy pozwalają przypuszczać, że ich użytkownik gdzieś w głębi siebie może być tak naprawdę osobą kapryśną i wielowymiarową, jednak Declan starannie praktykował taką formę nudy, która sugerowała, że gdzieś w głębi niego kryje się jeszcze nudniejsza jego wersja. Declan nie był niewidzialny, ponieważ niewidzialność miała swój własny powab, swoją własną tajemnicę. Był po prostu nijaki. Teoretycznie był studentem uniwersytetu i stażystą zajmującym się polityką, dwudziestojednolatkiem mającym przed sobą całe życie, lecz niełatwo się o tym pamiętało. W ogóle trudno było go zapamiętać.

Matthew, ten najmłodszy, pławił się w bezpieczeństwie, zachowując się w jak najmilszy sposób. Był uroczy, uległy i delikatny. Generalnie lubił rzeczy i to nie w ironiczny sposób. Śmiał się z żartów słownych. Przeklinał niczym kartka okolicznościowa. Wyglądał również miło, ze złotowłosego cherubinka wyrósł na złotowłosego siedemnastoletniego adonisa. Cała ta ulepkowata, rozczochrana dobroć mogłaby być nie do zniesienia, gdyby Matthew nie robił wokół siebie potwornego bałaganu przy jedzeniu i nie był okropnie leniwym uczniem, do tego nieszczególnie błyskotliwym. Wszyscy chcieli przytulić Matthew Lyncha, a on chciał im na to pozwolić.

Ronan, ten środkowy, bronił swojego bezpieczeństwa, zachowując się w jak najbardziej odstręczający sposób. Podobnie jak pozostali bracia Lynch, regularnie uczęszczał do kościoła, ale większość ludzi podejrzewała, że grał dla przeciwnej drużyny. Ubierał się w pogrzebową czerń i jako zwierzątko domowe trzymał samicę kruka. Golił włosy tuż przy skórze, a plecy pokrył tatuażem najeżonym pazurami i zębami. Miał zawsze kwaśną minę i niewiele mówił. Jeśli już wypuszczał jakieś słowa, okazywały się one niczym noże, lśniące i ostre, nieprzyjemne, gdy się w kogoś wbijały. Miał niebieskie oczy. Takie oczy zazwyczaj uważane są za ładne, ale nie w przypadku Ronana. Nie były w kolorze chabrów, niemowlęcych ubranek, indygo czy lazuru. Miały odcień gór lodowych, szkwału, hipotermii, a ostatecznie śmierci. Całym sobą sugerował, że jest zdolny ukraść komuś portfel albo upuścić czyjeś dziecko. Był dumny ze swojego nazwiska rodowego, a ono pasowało do niego. Wargi układał zawsze w taki sposób, jakby właśnie skończył wypowiadać swe miano.

Bracia Lynch mieli wiele tajemnic.

Declan był kolekcjonerem pięknych, konkretnych sformułowań, których nie pozwoliłby sobie użyć publicznie, a także właścicielem promiennego, konkretnego uśmiechu, którego nikt nigdy nie miał zobaczyć. Matthew posiadał sfałszowany akt urodzenia i brakowało mu linii papilarnych. Czasami, gdy pozwolił umysłowi się błąkać, orientował się, iż kroczy po idealnie prostej linii. Ku czemuś? Od czegoś? Była to tajemnica nawet dla niego.

Ronan miał najniebezpieczniejszą z tajemnic. Podobnie jak wiele istotnych sekretów, ten również był przekazywany w rodzinie, w tym przypadku z ojca na syna. Stanowił dla Ronana Lyncha zarówno dobrodziejstwo, jak i niepomyślność. Dobrodziejstwo, ponieważ gdy czasami zasnął i śnił, budził się z tym snem. Niepomyślność, ponieważ gdy czasami zasnął i śnił, budził się z tym snem. Z monstrami i machinami, pogodą i pragnieniem, lękami i lasami.

Sny to raczej niezbyt pewny budulec do tworzenia życia.

Po śmierci rodziców bracia Lynch przyczaili się. Declan odseparował się od tematu snów i poszedł na uczelnię, żeby zdobyć możliwie najnudniejszy dyplom z politologii. Ronan starał się, jak tylko mógł, by zawrzeć swą zabawę z koszmarami w granicach rodzinnego gospodarstwa w odosobnionej części stanu Wirginia. Zaś Matthew… cóż, Matthew musiał jedynie mieć się na baczności, żeby przypadkiem dokądś nie odwędrować.

Declan stawał się coraz nudniejszy, a Ronan coraz bardziej znudzony. Matthew próbował nie dopuścić, by stopy zawiodły go w miejsce, którego nie rozumiał.

Wszyscy oni pragnęli czegoś więcej.

Któryś musiał się w końcu złamać. Niall był dzikim śniącym z Belfastu, któremu ogień następował na pięty, zaś Aurora była złotym snem, a w jej oczach odzwierciedlało się bezgraniczne niebo. Ich synowie zostali stworzeni, by siać chaos.

Był rześki październik, dziki październik, jeden z tych niespokojnych okresów, który wdziera się pod skórę i wije się pod nią. Minęły już dwa miesiące od początku semestru zimowego. Drzewa stały się kruche i zachłanne. Wysychające liście spadały w popłochu. Zima skowyczała nocą pod drzwiami, dopóki płomienie kominków nie odpędzały jej na kilka godzin.

Na coś jeszcze innego zanosiło się tego października, coś innego prężyło się, napinało i dyszało, ale póki co, było jeszcze niemal niewidoczne. Później miało zyskać nazwę, lecz na razie jedynie wzburzało wszystko niezwykłe, czego tknęło, a bracia Lynch nie stanowili wyjątku.

Declan złamał się pierwszy.

Gdy najmłodszy brat przebywał w szkole, a środkowy symulował chorobę w rodzinnym gospodarstwie, Declan otworzył szufladę w swojej sypialni i wyciągnął kawałek papieru z zapisanym numerem telefonu. Sam jego widok sprawił, że zabiło mu szybciej serce. Powinien był go zniszczyć, ale zamiast tego wprowadził cyfry do telefonu.

– Chłopak od Lynchów? – spytał głos z drugiej strony.

– Tak – odrzekł krótko Declan. – Chcę klucza. – I rozłączył się.

Nie powiedział nikomu o tej rozmowie, nawet swoim braciom. Czym była jedna mała tajemnica, pomyślał, w życiu ich pełnym?

Nuda i tajemnice: oto wybuchowa mieszanka.

Coś miało spłonąć.

Tytuł: Twoja Światłość

Autor:   Annalie Grainger

Tłumacz: Agnieszka Walulik

Wydawca: YA!

ISBN: 978-83-280-7566-5

Oprawa:  miękka

Format: 142×202

Format: 142×202 mm

Liczba stron: 352

Wydanie: 1

Data premiery: 10.02. 2021 r.

Opis:

Wciągający thriller dla wszystkich, których pociągają mroczne tajemnice sekt!

Szesnastoletnia Lily jest zrozpaczona zaginięciem swojej siostry przed czterema miesiącami. Gdy pewnego dnia spostrzega leżącą na ulicy ranną dziewczynę, jej serce na moment przystaje, bo ma nadzieję, że to Mella. Spotyka ją rozczarowanie, jednak udziela nieznajomej pomocy i zabiera ją do domu. Okazuje się, że dziewczyna jest częścią tajemniczego stowarzyszenia… Czy naprowadzi ono Lily na trop siostry?

Fragment:

Tylko w Jasności znajdziemy Światłość dla wszystkich, na całą wieczność.

KSIĘGA

Pośrodku polanki buzował płomień Słońca, ogniste opuszki szarpały nocne niebo. Dookoła tańczyło szes­naście członkiń Siostrzeństwa. Ich barwne suknie – czerwony szyfon, fioletowy aksamit, zielona tafta – fur­kotały szerokimi kołami, aż cały las stał się wirującym płomieniem. Na ten widok Promienna poczuła wzru­szenie, jej serce zatrzepotało jak skrzydełka owada zamkniętego w słoju. Siostry uniosły głowy do Światło­ści i przemówiły:

– Tańczę z ogniem w sercu, w duszy, w żyłach. Tańczę, aż zbudzi się dla mnie. Tańczę w Jasności. W Światłość. W Światłość.

Promienna zapatrzyła się głęboko w ogień. Uwielbiała jego ruchliwość – był niczym płyn, wzbierał falami kształ­tów i kolorów. Uwielbiała zatracać się w potędze Światło­ści, kiedy płomień stawał się częścią niej: jego puls był jej  pulsem, jego oddech – jej oddechem. Siła i piękno – dwie strony medalu.

Powietrze, ciężkie tej nocy od nadciągającej burzy, kładło się nad ziemią niczym obfity płaszcz i dusiło lato. Gdzieś w pobliżu zahukała sowa i Promienna poderwa­ła się z miejsca. Krzyk brzmiał niemal ludzko, boleśnie. Nagle polanę przeciął głos Najwyższej Kapłanki. Odrzu­ciła kaptur, odkrywając płomiennorude włosy ozdobione białymi kwiatami połyskującymi w świetle ognia. Jej oczy były niebieskie niczym najgłębsza toń oceanu. Na jej po­liczku widniał symbol Światłości: żółte słońce.

– Jasność! – zawołała. – Jasność nadchodzi, by nas wszystkie wybawić.

Promienną przeszył dreszcz podniecenia.

– Dar Światłości ukaże nam drogę – ciągnęła Najwyższa Kapłanka.

Siostry Promiennej, z twarzami zakrytymi przez opoń­cze, zaczęły kroczyć w stronę ognia, a w niej samej zapło­nęła Światłość, czerwona i jasna jak płomień.

JEDEN

Lil odchyliła się na oparcie krzesła i przeczytała tekst, który wprowadziła przed chwilą w okienku z aktualiza­cją statusu na profilu Szukamy Melli: „Mello, kochamy Cię. Tęsknimy za Tobą. Będziemy czekać, dopóki nie będziesz gotowa na powrót”. Wiadomość nie zmieniła się od czasu, kiedy Mella zaginęła. Sto trzydzieści cztery dni temu. Lil dodała ten sam podpis co zawsze: „Cału­sy, Mama i Mysza”. Mella jako jedyna nadal posługiwa­ła się jej dziecięcym przezwiskiem. Brzmiało ono dość ironicznie, bo Lil miała teraz ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.

Zerknęła na dalszą część strony. Pod fotką, którą wrzu­ciła poprzedniego wieczoru, było kilka nowych lajków. Zdjęcie przedstawiało ją i Mellę na plaży w zeszłe wa­kacje. Cała Mella. Jednym ramieniem obejmowała Lil, drugie z uśmiechem wyciągała daleko przed siebie. Na czubku jej piegowatego nosa balansowały zabawne, dzie­cinne, błyszczące od brokatu okulary przeciwsłoneczne w kształcie gwiazdek. Wygrała je tamtego dnia w salo­nie gier. Nie chciała ich zdjąć i Lil musiała przyznać, że jasna zieleń świetnie harmonizowała z bladoróżową kar­nacją siostry, która po całych wakacjach spędzonych na słońcu ściemniała prawie do brązu. W przeciwieństwie do niej Lil była błękitnobiała, blada jak lód, a cień wy­ciągniętej ręki nadawał jej skórze jeszcze bardziej siny odcień. Uśmiechała się – nie od ucha do ucha jak Mella, ale na wpół uniesionymi kącikami ust. Półuśmiechem. Trzeba przyznać, że w porównaniu z Mellą wszystko, co robiła Lil, wydawało się połowiczne. Nie żeby było w tym coś złego. Po prostu Mella wykonywała wszystko z prędkością światła, na tysiąc procent. Była najjaśniej­szą gwiazdą na nieboskłonie – inne bladły w jej cieniu. Jednak światło gwiazd to tylko dawne wspomnienie tego, co przeminęło. Same gwiazdy umarły wiele lat temu. Ta myśl zabolała Lil, która szybko zamknęła zdję­cie. Nie chciała myśleć o śmierci w kontekście swojej siostry.

Lil zalogowała się na skrzynkę pocztową. Nie była zbyt­nio zapełniona. Początkowo – kiedy sprawa pojawiła się w miejscowych wiadomościach i radiostacjach – dostawa­ły za pośrednictwem strony masę wiadomości, ale teraz ich liczba zbliżała się do zera. „Żadnych nowych poszlak”, twierdziła policja. Od ponad czterech i pół miesiąca nikt nie widział Melli. Lil wiedziała, co myśli o tym policja, ale nie chciała… nie mogła w to uwierzyć. Jej siostra żyje i kiedyś zdołają ją odnaleźć. Nawet jeśli Lil będzie musiała poświęcić na to resztę życia.

Erin przysłała jej maila. W szkole średniej była najlep­szą przyjaciółką Melli. Teraz odzywała się od czasu do  czasu. Miło z jej strony, bo pod koniec liceum jej siostra i Erin przestały się dogadywać. Mella po rozpoczęciu stu­diów straciła kontakt z wieloma wcześniejszymi znajo­mymi, a od reszty odsunęła się, gdy zaczęła się umawiać z Caiem. Taka już była. Z jakiegoś powodu zawsze pozo­stawiała różne sprawy i różnych ludzi za sobą. W prze-ciwieństwie do Lil, która przyjaźniła się z Rhią od chwili, kiedy jako dziewięciolatka przeniosła się z mamą i siostrą z Londynu do Walii. No, może ostatnio ich relacja nie była najlepszym dowodem lojalności Lil, ale dziewczyna nie chciała o tym myśleć w tej chwili.

Zamiast tego odczytała wiadomość od Erin:

Lil – cześć! Co u Ciebie? Nie kontaktowałyśmy się ostatnio, więc pomyślałam, że napiszę. Jakieś wieści? Wiem, głupie pytanie. Gdybyś coś wiedziała, to byś mi powiedziała, prawda? Chryste, jak ja bym chciała, żebyś miała jakieś wieści… Wczoraj poszłam nad rzekę – no wiesz, tam przy Haven’s Field. Nie wiem po co, po prostu chciałam ją zobaczyć. Pewnie dziwnie to brzmi. Pamiętasz, jak chodziła tam rysować? Te cholerne drzewa! Te, o których mówiła, że wyglądają jak tańczące kobiety. Boże, ta dziewczyna gadała czasami jak wariatka. Nieważne. Plotę bzdury. Zadzwoń, dobrze? Nawet jeśli nie wiesz nic nowego. Miło byłoby usłyszeć Twój głos.

Trzymaj się, Lil.

Zadzwoń! Zadzwoń! ZADZWOŃ!

E

Lil szybko wystukała odpowiedź:

Cześć, Erin! Dzięki za maila. Żadnych wieści o Melli. Dam Ci znać, gdy tylko się czegoś dowiem. I postaram się niedługo do Ciebie zadzwonić. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku.

Całusy, Lil

Wcale nie miała zamiaru dzwonić. Erin była cudowna, ale rozmowa o Melli sprawiłaby Lil za duży ból. Bolała ją konieczność mówienia ludziom, że nadal nie znaleziono najmniejszego śladu jej siostry.

Tytuł: Zodiaki. Genokracja

Autor: Magdalena Kucenty

Wydawca: Uroboros

ISBN: 978-83-280-7684-6

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 135×202

Liczba stron: ok. 400

Wydanie: 1

Data premiery: 24.02. 2021 r.

Opis:

Hipnotyzująca powieść, którą przeczytałam jednym tchem. Magdalena Kucenty wciągnęła mnie do stworzonego przez siebie świata. Czytając “widziałam” akcję, jakbym oglądała film. Brawo! Katarzyna Berenika Miszczuk

Dawno nie czytałem tak brawurowej wizji przyszłości, sięgającej do najlepszych tradycji fantastyki naukowej a będącej przy tym opowieścią o pełnych życia bohaterach w świecie, w którym codziennie musimy pytać siebie: “co to znaczy być człowiekiem?”. A wszystko to w huku wystrzałów, w pełnej akcji powieści. Długo czekaliśmy na powieściowy debiut Magdaleny Kucenty, ale nareszcie jest! I nie zawodzi.

Paweł Majka

Biopunkowa wizja świata po globalnej zagładzie. Społeczeństwo jest rozwarstwione, panuje system kastowy, a każdy człowiek ma swoją metrykę. W zakładach inżynierii genetycznej „Zodiak” tworzeni są postludzie o niezwykłych umiejętnościach. Na drabinie społecznej nie ma jednak dla nich miejsca. To wyłącznie obiekty doświadczalne, oznaczone i skatalogowane podług swych właściwości.

Młody Capricorn (wersja gamma, stabilna) nie kwestionuje reguł rządzących jego światem. Odgrywa rolę szczura laboratoryjnego, posłusznie wykonując powierzone mu zadania. Z pozoru nie obchodzi go nic poza rozwijaniem własnych umiejętności.

Żywiołowa Pisces (wersja alfa, niestabilna) ani myśli stosować się do jakichś tam zasad. Aby pomóc Capriemu, nie cofnie się przed niczym. Będzie kłamać, oszukiwać i zabijać. Skoro w miłości wszystkie chwyty są dozwolone, to dla miłości – tym bardziej.

Sparaliżowany Virgo (wersja beta, niekompletna) jest więźniem we własnym ciele. Nie widzi, nie słyszy, nie może ruszyć nawet palcem. Mimo to zawsze czuwa nad Gemini. Z połączeniem do sieci nie musi nigdzie iść, aby być wszędzie.

Nierozłączone Gemini (wersja beta, stabilna) dwoją się i troją, by zapewnić reszcie Zodiaków lepszą przyszłość. Dla ich dobra są gotowe poświęcić wszystko. Ludzie czy nie, stanowią przecież rodzinę.

Ich człowieczeństwa nie da się zredukować do metryki.

O autorce:

Magdalena Kucenty – magister inżynier telekomunikacji z wykształcenia, pisarka fantastyki z wewnętrznej potrzeby – nie dającej się ani zrozumieć, ani powstrzymać. Debiutowała w listopadzie 2015 roku na łamach czasopisma Smokopolitan. Od tego czasu publikowała w wielu antologiach i czasopismach fantastycznych (między innymi w Nowej Fantastyce i Fantomie). Trzykrotnie nominowana do nagrody im. Janusza A. Zajdla. W roku 2019 porzuciła karierę administratora IT, by zostać pisarką „na cały etat i jeszcze trochę”. Na etat pisze dla studia CD Projekt Red, a jeszcze trochę – dla siebie.

Fragment:

PROLOG

Poprawiła się na siedzeniu tak, by transmitery przebijające ciało sprawiały jej choć nieco mniejszy ból. Co nie było wcale łatwe, zważwyszy że miała ich w sobie aż siedem: po jednym ostrym pręcie na każdą kończynę, zatopione w nagich udach i ramionach, ponadto dwa dłuższe sterczały z pleców, krzyżując się pod łopatkami, a ostatni był wbity prosto w serce.

Najbardziej uciążliwy.

Wszystko wokół przeszytego organu pulsowało boleśnie. Każdy skurcz wypełniał tętnice czystym ogniem. Oddech grzązł w piersi. Co gorsza, okrutnie ją to wszystko rozpraszało. Tak bardzo, że nie potrafiła skupić się na wirtualnej planszy do latrunculi. Trasmitery zahaczały o siebie przy każdym ruchu, więc sterowanie holograficznymi łotrzykami było dla niej czystą udręką. Na dodatek te przeklęte kable… Gdy tylko unosiła dłoń, postukiwały cicho. Były podłączone do medskanów, które wpijały się w jej skórę niczym kajdany – zaciśnięte zarówno na nadgarstkach, jak i na kostkach nóg. Każde drgnięcie ciała wywoływało irytujący dźwięk. Nie dało się oddychać bez akompaniamentu stuknięć i pikania aparatury.

Traciła resztki koncentracji. Pionki czekały. Białe oczy łotrzyków wpatrywały się w nią z niemym wyrzutem.

Jak dotąd przegrywała tę partię.

– Coś podobnego! – rzucił jej oponent, nie kryjąc rozbawienia. – Wygram drugi raz z rzędu.

Siedział naprzeciwko i w przeciwieństwie do niej miał na sobie coś więcej niźli kolekcję przeszywającej ciało aparatury. Spod luźno rozpiętego, białego kitla wyzierały elementy ubioru niespecjalnie kojarzące się z pracą laboratoryjną: prosty, ciemny golf i wytarte dżinsy. Na gołych stopach nosił klapki plażowe.

Nienawidziła każdego szczegółu w jego absurdalnym wyglądzie.

– Rozkuj mnie, a zobaczymy, kto wygra za trzecim – odwarknęła, uśmiechnąwszy się cierpko.

– Mógłbym to zrobić…

Wyciągnął rękę ponad dzielącym ich stołem, by w ostentacyjnym geście czułości musnąć jej policzek.

Szarpnęła się gwałtownie. Wolała torturę rozwierających się ran niż jego dotyk.

– …gdybyś tylko mi pozwoliła – dokończył z równie demonstracyjnym żalem.

Dopiero kiedy cofnął dłoń, znowu pochyliła się nad planszą. Świeża krew ściekała jej po ramionach i plecach, strużki ciepłej wilgoci spływały między uda, wywołując niezdrowe podniecenie. Nienawidziła tego uczucia – pożądania, które rozpalał w niej ten człowiek. Gdyby zapomniała się choć na chwilę, rozłożyłaby przed nim nogi tu i teraz; trawiona niezdrową gorączką wciąż mokra od krwi. Nie pragnęła niczego innego niż spłodzenia z nim dzieci. Tak bardzo chciała dać mu potomstwo.

Dać je całemu światu.

Jednocześnie od samej myśli zbierało jej się na wymioty. Tyle dobrego w złym, że fale bólu i chora żądza wyostrzały zmysły. Podsycały gniew.

– Dwa jeden na trzy zero – rozkazała, ignorując rozpalające ją pragnienie.

Gdy potwierdziła skinieniem dłoni, biały łotrzyk przesunął się na wybrane pole. Czarny uciekł.

Parę ruchów później udało jej się zrównać z przeciwnikiem, a po czterdziestu minutach jego ostatni pionek rozpłynął się w hologramowy pył.

– Czyli jednak. – Mężczyzna skłonił głowę z aprobatą, a potem wsparł brodę na splecionych dłoniach. – Który to już raz…? – spytał melancholinjnie.

W ostatniej chwili powstrzymała się przed krzyknięciem, żeby przestał to robić. Przestał bawić się w te wszystkie irytujące gierki. I zabił ją wreszcie. Nie było jednak najmniejszych szans, by posłuchał, a godność nie pozwalała jej zniżyć się do proszenia.

– Który raz unicestwiamy nasz wszechświat? – rzuciła z wymuszonym rozbawieniem.

– Pytałem tylko o latrunculę.

– W takim razie sto dwadzieścia tysięcy osiemset trzydziesty piąty. O ile się nie mylę.

To dawało sześćdziesiąt tysięcy czterysta osiemnaście do sześćdziesięciu tysięcy czterysta siedemnastu dla niej. Gdy następnym razem on wygra, zremisują jak zawsze. Potem ona znowu go pokona. On zwycięży kolejną partię.

I tak w kółko, aż do utraty zmysłów. Lub do ostatecznego zniszczenia tego zasranego wszechświata.

– Nie, nie mylisz się – odparł bez cienia satysfakcji.

Uniosła wzrok znad planszy i spojrzała prosto w jego martwe oczy. Przez moment nie było słychać żadnego dźwięku. Nawet pikanie medskanów ucichło.

– Kiedy wreszcie ze mną skończysz? – W jej głosie pobrzmiewało znużenie, którego nie potrafiła już ukryć. Sama nie była pewna, czy pytała tylko o tę marną udręczoną powłokę, czy o wszystko inne również.

– Kiedy wygram albo przegram dwa razy z rzędu – odrzekł bez ogródek i rozłożył ręce w fałszywie przepraszającym geście.

– Tutaj? – Omiotła wzrokiem swoje ciasne więzienie, a potem spojrzała za okno, które zajmowało większą część ściany. Miała stąd widok na całe miasta. Wszystkie jednocześnie. – Czy tam?

– Tu i tam.

– Zachłanny jak zawsze.

Wzruszył ramionami, jakby nic nie mógł na to poradzić.

– Chciałbym, żeby było inaczej…

– Tak, tak – weszła mu w słowo – ale nie daję ci wyboru. Można by pomyśleć, że kto inny siedzi tutaj nagi, zakuty w medskany i poszatkowany jak tucznik.

– Nie porównuj się, proszę, do świni.

– Racja – przytaknęła sarkastycznie. – Świnie w rzeźni mają zdecydowanie lepiej.

Ostatnie zdanie, które wypowiedziała, zawisło między nimi. Oboje milczeli. Długo i ponuro. Aż w końcu mężczyzna uśmiechnął się bez wesołości.

Jako pierwszy przerwał ciszę:

– Wiesz, że cię kocham.

– Ciekawie to okazujesz. – Zaśmiała się mimo bólu szarpiącego wnętrzności. Następnie dotknęła pręta, który wystawał jej z piersi. – Choć muszę przyznać, że na swój sposób nie umiem wyrzucić cię z serca.

Nigdy nie umiał docenić jej wyśmienitego poczucia humoru. Przez moment siedział tylko bez ruchu, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem znowu uśmiechnął się i zaproponował pobłażliwie:

– Jeszcze jedna partia?

Nie odpowiedziała od razu. Na moment przestała nawet oddychać. Ciężkie westchnienie wyrwało się z jej gardła, dopiero gdy z kapitulacją przymknęła oczy.

– Przygotuj pionki – wychrypiała, unosząc powieki.

– Tu? – Wskazał planszę, a potem machnął ręką w stronę okien. – Czy tam?

– Wszędzie.

Komentarze
Udostepnij