Wywiady

Zdjąć zarazę z naszego kraju

Wiesław Kowalski rozmawia z Wiktorem Logą-Skarczewskim o premierze spektaklu “Sprawiedliwość” w Teatrze Powszechnym w Warszawie

W tym roku obchody Marca’68 przybierają szczególny charakter. Minęło 50 lat od czasu, kiedy prawie 13 000 osób pochodzenia żydowskiego musiało opuścić Polskę. Również Teatr Powszechny przygotowuje z tej okazji spektakl “Sprawiedliwość” w reż. Michała Zadary. Pan, obok Ewy Skibińskiej, Barbary Wysockiej i Arkadiusza Brykalskiego, weźmie w nim udział. Proszę powiedzieć czym jest dla Pana uczestnictwo w tym szczególnym przedsięwzięciu, które ma opowiedzieć o zbrodni, “za którą nikt nie został ukarany”. Między innymi tymi słowami jest zapowiadany spektakl na stronie Teatru Powszechnego. Na ile ta tematyka, dotycząca lat sześćdziesiątych XX wieku, może być dla teatru i dla samego aktora interesująca?

– Powrót do wydarzeń roku ’68 jest niezwykle interesujący. Muszę przyznać, że do tej pory moja wiedza na ten temat była bardzo lakoniczna. Sprowadzała się do kilku suchych faktów wyniesionych z lekcji historii. Tymczasem każdy kolejny dzień prób sprawia, że dowiaduję się coraz więcej na temat tej zbrodni – jej rozmiarów i niezwykle bolesnego charakteru. Ponadto jest to chyba moje pierwsze zetknięcie się z konwencją “teatru reportażowego”. Pracując nad naszym przedstawieniem staramy się nie tyle odnosić do tamtych wydarzeń emocjonalnie, co z poziomu historycznego i prawnego. Próbujemy, niczym sprawny oddział dziennikarzy śledczych, dowieść i wyjaśnić dlaczego owo przepędzenie 13 tysięcy osób mniejszości żydowskiej z naszego kraju zyskuje znamiona zbrodni masowej przeciwko ludzkości, jak również odpowiedzieć, możliwie konkretnie, na pytanie: kogo za tę zbrodnię powinniśmy winić i dlaczego wciąż nikt nie został za nią ukarany? Bo przecież powiedzieć (jak to często słyszymy), że winną była ówczesna władza, państwo albo atmosfera, to tak na dobrą sprawę umyć ręce i udawać, że nic się nie stało.

Scenariusz do tego przedstawienia pisze Michał Zadara i Nawojka Gurczyńska. Przy spektaklu pracują również historycy i prawnicy. Nie będzie to zapewne klasyczny spektakl z podziałem na role i typowym dialogiem. Jak czuje się Pan w takich nieoczywistych formach teatralnych? Na ile one mogą być dla aktora interesujące w sensie zdobywania nowych zawodowych doświadczeń?

– Faktycznie, już dziś mogę powiedzieć, że będzie to bardzo osobliwy projekt. Sam nie wiem do końca jak go nazwać. Może najtrafniej, jako połączenie estetyki rodem z filmów takich jak “Spotlight”, “Wszyscy ludzie prezydenta” czy “Czwarta władza”, z pewnego rodzaju TEDx’owym wykładem.

Generalnie jestem otwarty na wszelkie formy uprawiania teatru. Przede wszystkim dlatego, że to dzięki różnego rodzaju eksperymentom wychodzimy poza strefę naszego komfortu. A to tam właśnie zdarza się największa magia. To ona stanowi dla mnie o istocie uprawiania tego zawodu. Dzięki zdobywaniu coraz to nowych doświadczeń, aktor stymuluje się do ciągłego rozwoju, a nie odcina kuponów od tego, co już potrafi.

Czy do tej pory miał Pan możliwość interesowania się tym, co się wtedy wydarzyło. A może jakieś osobiste doświadczenia temu towarzyszyły? Jaki jest Pana stosunek do objawów dyskryminacji obywateli ze względu na pochodzenie. Szczególnie dzisiaj, kiedy jesteśmy często jej świadkami wobec emigrantów czy uchodźców przebywających w naszym kraju.

– Do tej pory nie zgłębiałem szczególnie tematu roku ’68. Stykałem się z nim raczej przypadkowo. Nie mam też żadnych osobistych doświadczeń związanych z tymi wydarzeniami. Ale i bez tego bardzo dotkliwie odbieram tę przyśpieszoną lekcję historii, jaką funduje nam praca nad “Sprawiedliwością”. Szczególnie dlatego, że alergicznie reaguję na wszelkie przejawy dyskryminacji. Każdej. Zarówno rasowej, jak i religijnej, płciowej czy np. tej związanej z orientacją seksualną. A przecież w przypadku wydarzeń roku ’68 to właśnie uprzedzenia, brak tolerancji, rasizm odgrywały rolę największego katalizatora. Smutnym jest też to, że jak się dziś okazuje, od tamtego czasu niewiele się w naszej mentalności zmieniło. Najlepszy dowód dają temu obecnie rządzący, którzy wieloma swoimi działaniami utrwalają jedynie obraz naszej ojczyzny jako kraju wrogiego i nieżyczliwego, w którym nie ma miejsca zarówno dla mniejszości żydowskiej, jak i uchodźców z ogarniętego wojną kraju (Syrii). Niech za dowód posłużą tutaj słowa Witolda Klausa, ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, jednego z autorów opracowania pt. “Uchodźcy w Polsce. Sytuacja prawna, skala napływu i integracja w społeczeństwie polskim oraz rekomendacje.”, wykonanego dla Polskiej Akademii Nauk, który powiedział niedawno, na antenie TOK FM, że od 1992 roku, czyli przez ostatnie 25 lat (!), w Polsce status uchodźcy uzyskało… zaledwie 4 875 osób. Myślę, że jak na prawie czterdziestomilionowy kraj, przynależący do Unii Europejskiej, który ze swojego członkostwa potrafi czerpać spore korzyści, ale ma ewidentny problem z pracą na rzecz budowania wspólnoty, wymagającą zaangażowania i poświęceń, a także w którym przeważająca część społeczeństwa twierdzi, że żyje według chrześcijańskich zasad, to trochę mało. Ale to temat na zupełnie osobną dyskusję.

Jak Pan ocenia aktualną sytuację (choć zmienia się ona jak widać z dnia na dzień), która w związku z ustawą IPN zaogniła sytuację polityczną na linii Polska – Izrael. Czy sam spektakl może coś w tych relacjach zmienić?

– Odpowiem krótko. Oceniam ją fatalnie. I jest mi wstyd. Przede wszystkim za naszych polityków, którzy najpierw wprowadzają w życie swoje kuriozalne pomysły ustaw, generujące jedynie problemy i napięcia, a później nie są w stanie ich rozwiązać i załagodzić. A wszystko to dzieje się przy ich (polityków) pełnej bucie, braku klasy i nieumiejętności przyznania się do błędów. To na co liczę, to że nasz spektakl tego sporu nie zaogni i zapracuje na rzecz poszerzenia świadomości społecznej, historycznej i pokoleniowej.

Michał Zadara mówi, że chce oddać głos współczesnym Polakom, którzy odkrywają, że na skutek bezprawnych działań (bo już samo pozbawianie obywatelstwa całych grup było bezprawne, co stwierdził Naczelny Sąd Administracyjny w roku 2005) żyjemy w uboższym, mniej ciekawym, słabszym państwie”. Czy łatwo dziś jest uzyskać informacje o sprawcach z tamtych lat? Zebrać materiały o nich? A tym samym złożyć zawiadomienie do prokuratury o popełnienie przestępstwa?

– Nie, zebranie potrzebnych materiałów nie było łatwe. Poszukiwanie tekstów źródłowych wymagało spędzenia wielu godzin w archiwach. Przygotowanie multimediów z relacjami naocznych świadków tamtych wydarzeń również nie było proste, ponieważ grupa ta znacznie się przez lata uszczupliła. Zmienił się ustrój w naszym kraju, a także kodeks karny. Dlatego niezbędną była pomoc specjalistów, którzy musieli zapoznać nas z dzisiejszymi i ówczesnymi normami prawnymi. To dlatego zespół realizatorów, pod wodzą Michała Zadary, miał przed sobą naprawdę trudne zadanie i rozpoczął swoje przygotowania już rok wcześniej.

Przy okazji, chciałbym zapytać Pana o powody, które skłoniły Pana do przyjazdu do Warszawy i zaangażowania się do Teatru Powszechnego? Czyżby w jakiś sposób Pan przewidywał, co może wydarzyć ze Starym Teatrem w Krakowie? Jak Pan, jako długoletni aktor tego teatru, postrzega to, co się w nim dzisiaj dzieje?

– Na powody mojego odejścia ze Starego Teatru złożyły się zarówno kwestie prywatne, jak i zawodowe. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że bardzo potrzebowałem wtedy przerwy, by móc zredefiniować siebie. Przede wszystkim jako człowieka. Naprawić pewne zaniedbania. Ustalić na nowo swoje priorytety i potrzeby. A na koniec zadać sobie jeszcze pytanie, czy w ogóle pozostawać przy tym wszystkim na usługach sztuki.

Chwilę później otrzymałem od dyrektorów – Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego – propozycję gościnnego udziału w premierze przygotowywanej przez Arpada Schillinga. Myślę, że to był bardzo ważny, przełomowy dla mnie moment, w którym poczułem, że chciałbym tę współpracę kontynuować. Jestem im ogromnie wdzięczny za tę wyciągniętą w moją stronę rękę, bo pozwoliło mi to rozpocząć zupełnie nowy rozdział w życiu.

Co się zaś tyczy Starego Teatru… cóż, jako świadomy człowiek i obywatel, spodziewałem się, że wraz ze zmianami politycznymi w kraju nastąpi również szereg zmian w sektorze kultury. Ale to, że będą one wyglądały i przebiegały tak jak w przypadku krakowskiego teatru, to już nie przyszłoby mi do głowy. Tego nie wymyśliłby chyba nawet scenarzysta “Niewolnicy Izaury” tłumaczonej na gwarę śląską. Istny absurd. Pozostaje mi tylko współczuć koleżankom i kolegom. I to przede wszystkim aktorkom i aktorom. Bo to oni pozostają najbardziej pokrzywdzeni, i to o nich, mimo że są solą tej teatralnej ziemi, mówi się najmniej.

Dotychczas zagrał Pan w Teatrze Powszechnym w “Upadaniu” i “Kramie z piosenkami”. Dla mnie szczególnie godna dostrzeżenia była Pana rola w spektaklu Arpada Schillinga. Lubi Pan pracować na bazie improwizacji, bo wiadomo, że nie wszyscy aktorzy w tej formule się tak samo odnajdują?

– Uwielbiam improwizację. Dziś postrzegam ją jako jedno z najważniejszych narzędzi w pracy aktora. Wszystko zależy tylko od tego, jak jest ona prowadzona i wykorzystywana. Bo jeśli tak jak w teatrze Krystiana Lupy, Pawła Miśkiewicza czy Arpada Schillinga to uważam, że ma ogromny sens i moc twórczą. W Krakowie, blisko dwa lata temu, zawiązaliśmy z koleżankami i kolegami z Akademii Sztuk Teatralnych grupę IMPRO KRK, której działalność skupia się właśnie na improwizacji. Ale jeszcze innej, bo tworzonej według metody Keitha Johnstone’a. Odbyliśmy szereg warsztatów ze Steenem Haakonem Hansenem, wieloletnim współpracownikiem twórcy “Theater sports”, który odkrył przez nami zupełnie nowy świat. Dziś pracujemy wytrwale nad tym, by móc w przyszłości zagrać pełnoprawne przedstawienie, które w całości powstałoby “tu i teraz”. Czy nam się to uda, zobaczymy. Ale mam wrażenie, że to droga, a nie sam cel jest w tej podróży najważniejsza. Bo to właśnie regularne treningi powodują, że przestajemy działać według utartych schematów, uczymy się pokory, zespołowości, wzajemnego wyczulenia, jeszcze lepszego słuchania siebie nawzajem, komunikowania się z widzem, uwrażliwiamy na to, by na scenie zrobić wszystko, “aby nasz partner (a nie my!) błyszczał”, a wreszcie rozwijamy w sobie umiejętność tworzenia historii, które często bywają równie ciekawe, co fabuła niejednego serialu Netflixa. A to przecież o to właśnie w teatrze chodzi. O storytelling.

Wiem, że nie zerwał Pan kontaktów z Krakowem i nadal jest pedagogiem w AST. Czym jest dla Pana praca pedagogiczna z młodymi adeptami sztuki aktorskiej?

– Przede wszystkim ogromną przyjemnością i oddechem od codziennych obowiązków. I mówię to bez żadnej kokieterii. Przekraczając progi uczelni spotykam się z młodością, witalnością, zapałem, z niezwykle twórczą wyobraźnią u młodych ludzi. Uwielbiam poznawać ich wrażliwość i przyglądać się ich rozwojowi. Co więcej, ich niezwykła pracowitość jest bardzo zaraźliwa i daje mi napęd również w pracy poza naszą Alma Mater. Spotykając się z otwartymi i chłonnymi wiedzy ludźmi, mam szansę podzielić się z nimi swoją wiedzą i doświadczeniem w ramach prowadzonych zajęć z wiersza, prozy, scen współczesnych czy klasycznych, robiąc z nimi przy tym naprawdę szalone rzeczy, których nie powstydziłby się niejeden repertuarowy teatr w Polsce. To daje niezwykłą radość i satysfakcję.

Wracając do spektaklu “Sprawiedliwość”. Gdyby Pan miał dzisiaj zaprosić na to przedstawienie widzów, co by Pan im powiedział?

– Że wydarzenia roku ’68 to rozdział szczególny w dziejach naszego kraju, a ich zgłębienie powinno stać się obowiązkową lekcją historii dla nas wszystkich. Tylko jeśli ją odrobimy i wyniesiemy z niej odpowiednie wnioski, będziemy w stanie, idąc tropem “Króla Edypa” Sofoklesa, “zdjąć zarazę z naszego kraju”. Czyli odważnie walczyć z wszelkimi przejawami dyskryminacji, a szczególnie tymi związanymi z nawoływaniem do waśni na tle narodowościowym, wyznaniowym i rasowym czy ich pochwalaniem. Jeśli tylko zjawicie się w Teatrze Powszechnym, obiecujemy pomóc Wam tę lekcję odrobić, by podobne rzeczy jak te, o których opowiadamy w spektaklu, już nigdy się nie powtórzyły.


Fot. Dawid Kozłowski

Komentarze
Udostepnij
Tags: , ,